Sunday, January 4, 2026

1 250 000 - "Jim Bao Today" became a niche personal blog about Dr. Janusz Korczak and his Orphanage in Warszawa.

Screen dump - January 4, 2026. Number of views during December: 49,791.

The blog is highly established, having been active for nearly 20 years. Its initial inspiration was the author's golden retriever, Jim Bao, who passed away in 2006.

Later, "Jim Bao Today" evolved into a niche personal blog focused on Dr. Janusz Korczak and his Orphanage in Warszawa and the Holocaust.

On January 4, 2026, "Jim Bao Today" reached a milestone post count of 1,250,000.

Its popularity can be characterized by its longevity and specific subject matter rather than mass-market traffic.

It remains active into 2026, with recent posts continuing its tradition of documenting historical sites and personal observations.

Recent posts on Jim Bao Today are continuing its tradition of documenting historical sites and personal observations.

The author's golden retriever, Jim Bao, passed away in 2006. Photo taken in 2005 on the frozen lake Riddarfjärden, Stockholm, Sweden.


How does it start?
https://jimbaotoday.blogspot.com/2006/11/julgran-utan-jimbao.html

Saturday, January 3, 2026

Za co bili? - Redaktor Małego Przeglądu, Leon Glattenberg na Powiślu w środę, dn. 23 maja, o godzinie 6-ej wieczór.

Leon – Georg Glattenberg (górny rząd, drugi od lewej), znany później jako Ze'ev Harari; Edwin Markuze (górny rząd, trzeci od lewej), Lejzer Czarnobroda (górny rząd, czwarty od lewej), Madzia Markuze (górny rząd, piąta od lewej), Igor Newerly (górny rząd, szósty od lewej), Ludwig Mirabel (górny rząd, siódmy od lewej), Kuba Kirstein (górny rząd, po prawej), Szlomo Kurzbard (górny rząd, drugi od prawej), Efraim Rozen (górny rząd, czwarty od prawej), Dycia Goldgraber (dolny rząd, druga od lewej), Dorka Goldgraber (dolny rząd, trzecia od lewej), Renia Herszenfus (dolny rząd, czwarta od lewej), Stefa Reif (dolny rząd, piąta od lewej), Irena Librader (dolny rząd, trzecia od prawej) oraz Maurycy Kotler. Sfotografowani w 1936 roku.



Działo się to w środę, dn. 23 maja, o godzinie 6-ej wieczór.
Wyszedłem od kolegi, który mieszkał na Browarnej, obok Karowej. Ponieważ wieczór był ładny, obrałem kierunek Wisły, zresztą Wisła jest bliżej do naszego mieszkania.
Szedłem pogwizdując wesoło, zdawało mi się bowiem, że wpadłem na dobry pomysł, i napręzno naprawię aparat rakowy, nad którym napróżno głowił się kolega. Chciałem już rozpakować i jeszcze raz zajrzeć do skrzynki, gdy usłyszałem za sobą kroki. Obejrzałem się. Szło za mną kilkanaście jasnych koszul z mieczykami Chrobrego, kilku uczniów szkoły Konarskiego i parę czapek gimnazjalnych. Co robić? Uciekać? Nie ma sensu. I tak dogonią. Zresztą ściganie tylko rozpala żądze schwytania zwierzyny. Przyspieszyłem kroku. Jeśli nie mają złych zamiarów myślałem, albo jeśli się jeszcze nie zdecydowali, nadepną się i pozwolą mi odejść. Ale jeden zabiegł mi drogę i wprawnym ruchem apasza z całych sił nasunął mi kapelusz na oczy, drugi dał mi szczutka w nos, jednocześnie trzeci podstawił nogę, inni zaś rzucili mnie na ziemię, zaczęli bić i kopać w twarz, w plecy, w brzuch...
Straciłem przytomność. Gdy podniosłem głowę, ujrzałem nad sobą rozbawioną gromadę. Śmieli się i dowcipkowali na temat mojej bezsilności.
Wstałem, ociekając krwią. Chwiałem się na nogach, więc musiałem oprzeć się o drzewo. Widziałem wszystko, jak przez mgłę. Chciałem podnieść okulary, lecz wyprzedził mnie jeden z napastników. Podniósł okulary i spokojnie, metodycznie połamał na drobne kawałki rogową oprawę, następnie stłukł o kamienie szkiełka.

Pokrwawiony dowlokłem się do policjanta przy moście Kierbedzia. Zawiadomiłem, że mnie pobili. Prosiłem o interwencje.
A co pan chce, żebym ja się z nimi bił? - odpowiedział obojętnie posterunkowy.
Kulejąc, przyszedłem do domu, gdzie już zaopiekowała mną matka.

Czy byliście kiedyś bici dlatego, że to innym sprawia przyjemność, że twarz wasza programowo przeznaczyli do bicia? No, w takim razie nie warto pisać, - nie zrozumiecie, co ja czuję w tej chwili.
Jestem synem przeciętnego żyda i obywatela polskiego. Mój ojciec miał zakład przewozowy. Zrujnował go podczas wojny 1918-20 roku, bo zabrał wszystkie konie i poszedł z transportem wojskowym. Najstarszy brat, mając lat 16, wstąpił na ochotnika do armii Hallera, z której już nie wrócił. Może poległ obok brata któregoś z moich napastników? Ja uczyłem się wpierw w szkole powszechnej, potem w żydowskiej szkole rzemieślniczej. Bili mnie więc bracia kolegów mego brata i ojca z czasów wojny. przyszli rzemieślnicy jak i ja, bo uczniowie polskiej szkoły rzemieślniczej. Za co bili?
Leon Glatenberg.


English Translation
A. It happened on Wednesday, May 23rd, at 6 o'clock in the evening.
I left my friend's place, who lives on Browarna Street, next to Karowa. Because the evening was nice, I headed towards the Vistula River; besides, the Vistula is closer to our apartment.
I walked along whistling cheerfully, as it seemed to me that I had a good idea, and would finally fix the cancer (radio?) apparatus that my colleague had been puzzling over in vain. I was about to unpack and look into the box one more time when I heard steps behind me. I looked back. Several dozen bright shirts with Chrobry's swords, a few pupils from the Konarski school, and a couple of gymnasium caps were walking behind me. What to do? Run away? No point. They'll catch me anyway. Besides, chasing only fuels the desire to catch the prey. I quickened my pace. If they don't have bad intentions, I thought, or if they haven't decided yet, they will trip up and let me go. But one of them blocked my way and, with a practiced apaché move, pulled my hat down over my eyes with all his strength, a second one flicked my nose, at the same time a third one tripped me up, while the others threw me to the ground, started beating and kicking my face, my back, my stomach...
I lost consciousness. When I lifted my head, I saw a laughing crowd above me. They were laughing and joking about my helplessness.
I stood up, dripping with blood. I was swaying on my feet, so I had to lean against a tree. I saw everything as if through a fog. I wanted to pick up my glasses, but one of the assailants beat me to it. He picked up the glasses and calmly, methodically broke the horn frame into small pieces, then smashed the lenses against the stones.
Bloody, I dragged myself to the policeman by the Kierbedzia Bridge. I informed him that I had been beaten up. I asked for intervention.
"What do you want, me to fight them?" the indifferent constable replied.
Limping, I came home, where my mother took care of me.
Have you ever been beaten because it gives others pleasure, because your face was systematically designated for beating? Well, in that case, it's not worth writing, you won't understand what I feel right now.
I am the son of an average Jew and a Polish citizen. My father had a transport business. He ruined it during the 1918-20 war because he took all the horses and joined a military transport. My eldest brother, aged 16, volunteered for Haller's army, from which he never returned. Maybe he fell next to the brother of one of my assailants? I studied first in a general school, then in a Jewish trade school. So I was beaten by the brothers of my brother and father's colleagues from the time of the war. They were future craftsmen just like me, as they were students of a Polish trade school. What did they beat me for?
Leon Glatenberg.
Here is a summary of the powerful personal account by Leon Glatenberg:
Summary of the Account
This narrative is a firsthand description of a brutal, unprovoked, antisemitic attack that took place in Warsaw.
  • The Incident: The narrator was walking home on a Wednesday evening when he was ambushed by a group of youths, some wearing specific school insignia (Chrobry's swords, Konarski school caps).
  • The Attack: After being cornered, he was violently thrown to the ground, beaten, and kicked until he lost consciousness. The attackers laughed and joked about his helplessness.
  • Destruction of Property: When he came to, one of the assailants meticulously broke his glasses before smashing the lenses on the ground.
  • Police Indifference: Bloody and injured, the narrator sought help from a policeman nearby, who indifferently refused to intervene, asking if the narrator wanted him to "fight them".
  • Personal Reflection: Glatenberg reflects on the pain of being attacked purely for the pleasure of others.
  • Context of Identity: He identifies himself as the son of an average Jewish citizen and a Polish citizen. He highlights his family's history of Polish patriotism (his father served in the 1918-20 war, his brother died volunteering for Haller's army).
  • The Perpetrators' Identity: He realizes his attackers were likely the brothers of his father's and brother's former wartime colleagues—fellow Polish trade school students (future craftsmen like himself). He ends by questioning the motivation for the attack: "What did they beat me for?"


"Storyteller" - boy from Janusz Korczak´s Orphanage who actually flew around Warsaw on a real aeroplane.

Motek's article "I have no luck with business" for "Mały Przegląd" - Korczak´s children's newspaper (May 25, 1934).

Summary
A true story from Janusz Korczak´s Orphanage, where a storyteller, Motek (Motuś) Tytelman, actually flew around Warsaw in a real airplane. Storyteller is a true story from the Korczak Orphanage written after WWII. I found it in the GFH archives in Israel after I found a letter and the photograph of Motek in my father's, Pan Misza´s, archives in Stockholm. Motek recalls a happy and carefree time in an orphanage (Dom Sierot) under the supervision of a beloved doctor (likely Janusz Korczak). An idyllic childhood during the seven years there. Motek was not a regular orphan, but his orthodox family in Warszawa lived in poverty, and they were glad he was at the orphanage, which meant one less mouth to feed at home, especially after his little sister was born. His progressive uncle advised him to keep a diary of his daily events, paying him 50 groszy a week for it, money he spent on his great passion: the cinema. After that, Motek began retelling the movies to the other children, which became so popular that he received awards from the management and earned the nickname "Storyteller".
Korczak encouraged him to write an article for the children's newspaper "Mały Przegląd". He won a prize for his article, which was either a cinema ticket or a flight around Warsaw.
Motek initially wanted the cinema ticket as a prize, but his friend Anka persuaded him to take the flight, which turned out to be an unforgettable experience. 
Motek - survived the Holocaust in the Soviet. He returned to Poland after WWII ended and emigrated to Australia in 1963. Motek had number 42 when at Dom Sierot Orphanage.  Motek was in contact with Pan Misza (Michal Wasserman Wroblewski) after he left the Orphanage and also after WWII in Poland, and thereafter from Australia.


MEMORIES FROM MY STAY AT THE ORPHANAGE.
My seven years of staying at the Orphanage I consider the best years of my life.
I was born in Warsaw, into a family of poverty. My first memories from childhood are of hunger, dirt, and tears. We lived in the Jewish district in a small, rented room; our parents, us, and four children.

By the time I entered the Orphanage, only my younger sister and I remained of our four siblings. The youngest ones, a little brother and sister, died of diphtheria. My fanatically religious father insisted that I attend a religious school. I strongly objected to this. Fortunately, my mother, who was more progressive and whom I adored, managed to persuade my father, and I was placed in a normal, general school.

I was accepted into the Orphanage in 1929. How this happened, I do not know, because I was not an orphan. In the Orphanage, I came alive again. I liked everything there, most of all, Dr. Korczak; - "Pandoktór" (Mr. Doctor), as he was commonly called, - He so captured my heart with his simplicity, that every encounter with this adored man gave me the greatest joy and happiness. A completely radical change occurred in my life. I attended a normal school, and I had male and female friends. Every child in the Orphanage had their number. Mine was 42. I was looked after by Herman, a boy much older than me, whom I liked very much. The Orphanage was like an independent state: there were various institutions run by the children, such as a court. The educators replaced our parents. The manager, I. Stefa was like a mother to us; she experienced our sorrows and joys with us. I was happiest when summer came. We would then go away to our summer camp, Gocławek. Gocławek, there were two months full of joy and happiness; a period of fun, trips, and wonderful rest. Our beloved doctor often visited, knowing everyone and always finding a moment for each person. We returned from Gocławek tanned, full of health and energy.

Every Saturday, I visited my parents and sister. In the same period, Mom gave us a new little brother. My parents were doing very poorly, and they were glad that at least I was away from home, one less mouth to feed. I remember my uncle well, a progressive man, who advised me to keep a diary, where I would write down my daily events at the Orphanage. I listened to my uncle, and he reviewed this diary every week and gave me 50 groszy for it, which I spent on the cinema. I loved the cinema. Sometimes I could watch the same movie twice. Then I told my friends what I saw; they said I had a gift for storytelling. So it happened that I started telling stories about movies once a week, sometimes in the boys' bedroom, sometimes in the girls' bedroom. My stories became so popular that the children waited impatiently for these evenings. I received many awards from the management, mostly in the form of commemorative postcards.

The Doctor was so delighted with my stories that he even started encouraging me to write an article for "Mały Przegląd" - a children's newspaper. With the doctor's help, I wrote an article titled "I have no luck with business" (Nie mam szczęścia do interesów"). The first prize was a flight around Warsaw by plane, or a cinema ticket. Anka Paweł and I received the first prize for our articles. I, of course, wanted a cinema ticket, but Anka persuaded me to take the flight. It was an unforgettable experience for us! I could write volumes about my stay at the Orphanage. One thing is certain. Under the supervision of the Doctor, our childhood was happy and carefree. After leaving the Orphanage, I encountered a difficult life.


Motek´s story in the archives of GFH in Israel.

Czy Motek (Motuś), Gerszon i inni to nie są chłopcy opisani przez "Szymona z Krochmalnej" w Małym Przeglądzie z 20 maja 1932 roku.

Translation of parts of Motek's article "I have no luck with business" for "Mały Przegląd" - Korczak´s children's newspaper published on May 25th, 1934.

CINEMA
Without brands and with a small capital, I joined a new company. Herszek, Lejbus, Gerszon, Jakóbek, and I founded a cinema. For 40 groszy we bought cardboard, I gave colored paper which I got from my aunt, because my other uncle is a bookbinder. We made frames for slides from plywood. We had two batteries and a light bulb. Herszek had the magnifying glass. They were to pay us 2 groszy for watching 20 slides. The apparatus worked poorly, so we made the whole thing out of plywood. Then we started making the cinema slides ourselves. We painted Pat and Patachon, soldiers, a fat man, wild animals, and a nature teacher. At first there was a lot of audience, but on credit. To start with, they already wanted to watch even for free. Before, even older boys were pushing in because they thought it wouldn't work out, and then, there were only small ones left. We earned 3 groszy, 7 ordinary marks, and 20 anglasów (a colloquial term for some form of currency). And we spent almost 5 złoty. I added more than a złotówka (colloquial for złoty), and after dissolving the company, I received two slides and a burnt-out light bulb. Cinema - it's a poor business.


KICK SCOOTER
One of my last partnerships was a kick scooter, and again with Henio. I wanted to make a scooter myself. I bought two wheels for 75 groszy at Kercelak market, fittings from Berek for a złoty, a board from Karolek for 30 groszy, but I ran out of money for the handlebars. But Henio had good handlebars and a large wheel. Herszek promised to give us a fitting and a wheel. Then I sold my wheels for 40 groszy, the fitting for 60 groszy — and all I had was just the board.
We started riding. And so it lasted for three days. But they guessed right away that I had actually contributed very little. At first, they didn't kick me out, because I treated them once to soda water, twice to halva, and once to chocolate cubes.
They ate it all, licked their lips, and kicked me out. I wouldn't even worry, but why are they now spreading the word that they didn't just kick me out normally, but "on a beaten head" (a harsh idiomatic expression for being decisively thrown out).
I have no luck with business.
Motek.

Motek and his wife are in front of the former Dom Sierot Orphanage. Probably the year 1986, according to Pan Misza (Wasserman Wróblewski) annotations.

Motel Tytelman ur. 1922 r. Był w Domu Sierot Korczaka w latach 1929-1936 (miał nr 42). Motel Tytelman ,później Michał/Michael Tyler przeżył Zaglade w ZSRR, wrócił po wojnie do Polski, a w 1963 wyemigrował z rodziną do Australii.


                WSPOMIENIA Z POBYTU W DOMU SIEROT.
Moje siedem lat pobytu w Domu Sierot uwazam za najlepsze lata swojego życia.
Urodzilem sie w Warszawie, w rodzinie biedoty. Moje pierwsze wspomnienia z okresu dziecinstwa to okres głodu, brudu i łez. Mieszkaliśmy w dzielnicy żydowskiej w małym, czynszowym pokoiku; - rodzice, nasi i czworo dzieci. 
Do okresu mego wstąpienia do DS (DS - Dom Sierot) z czwórki naszego rodzeństwa pozostałem ja i moja młodsza siostra. Najmłodsi, braciszek i siostrzyczka, umarli na dyfteryt. Ojciec moj, który był fanatycznie religijnym, nalegał bym uczęszczał do religijnej szkoły. Ja się temu silnie sprzeciwiłem. Na szczęscie, mama moja, która była bardziej postępowa i którą ja ubóstwiałem zdołała wskorać na ojca i umieszczono mnie w normalnej, powszechnej szkole.

Do Domu Sierot zostałem przyjęty w roku 1929. Jak to się stało, nie wiem, bo sierotą nie byłem.
W Domu Sierot odżyłem. Wszystko tam mnie się podobało, a najbardziej, to Dr. Korczak; - Pandoktór, jak go powszechnie zwali, - On prostotę swoją tak ujął mnie za serce, że każde moje zetknięcie się z tym ubóstwionym człowiekiem, sprawiało mi największą radość i szczęscie.
Całkowicie radykalna zmiana zaszła w mym życiu.
Chodziłem do normalnej szkoły, miałem kolegów i koleżanki. Każde dziecko w Domu Sierot miało swoj numer. Mój był 42. Opiekowal sie mną Herman, chłopak o dużo starszy ode mnie, którego ja bardzo lubiłem.

Dom Sierot był jakby samodzielnym państwem: były przeróżne instytucje, prowadzone przez dzieci, jak nap., sąd. Wychowawcy zastępowali nam rodzicow. Kierowniczka, I. Stefa, była dla nas matka; przeżywała wraz z nami nasze smutki i radości. Najbardziej cieszyłem sie następieniem lata.
Wyjeżdżaliśmy wtedy do naszej kolonii letniej, Gocławek. Gocławek, były to dwa miesiące pełne radości i szczęścia; okres zabaw, wycieczek, cudnego wypoczynku. Często bywał nasz ukochany dokiór, który znał każdego i zawsze dlo każdego znajdował chwilę czasu. Wracaliśmy z Gocławka zabrązowieni, pełni zdrowia i energii. Co soboty odwiedzałem swoich rodziców i siostrę. W tymże okresie, mama uraczyła nas nowym braciszkiem. Rodzicom moim bardzo źle się wiodło i oni zadowoleni byli, że chociaż ja jeden jestem poza domem, jedne mniej usta do karmienia. Dobrze pamiętam swego wujka, człowieka postępowego, który poradził mnie, abym prowadził dziennik, do którego zapisywałbym codzienne zdarzenia moje w Domu Sierot. Posłuchałem wujka i on co tygodnia ten dziennik przeglądał i dawał mi za to 50 gr. ktore ja wydawałem na kino. Ubóstwiałem kino. Mogłem czasami dwa razy ten sam program oglądać. Potem kolegom opowiadałem, co widziałem. mówili, że mam dar do opowiadanie. Tak się więc stało, że zacząłem opowiadać filmy raz w tygodniu, to w sypialni chłopców, to u dziewczynek. Moje opowiadania stały tak popularne, że dzieci z niecierpliwością oczekiwały my tych wieczorów. Dostawałem dużo nagród od kierownictwa, przeważnie, w postaci pocztówek pamiątkowych. P. Doktor (Korczak) był do tego stopnia zachwycony mymi opowiadaniami, że aż zaczął namawiać mnie, abym napisał artykuł do "Małego przeglądu", -Gazety dziecięcej-. Przy pomocy doktora, napisałem artykuł p.t. "Nie mam szczęścia do interesów". Pierwsza nagroda była przelot samolotem dookoła Warszawy, albo bilet do kina. Ja i Anka Pawe otrzymaliśmy pierwszą nagrodę za nasze artykuły. Ja, oczywiście, chciałem bilet do kina, ale Anka namówiła mnie do lotu. Było to niezapomnianym przeżyciem dla nas! Z pobytu mego w Domu Sierot mógłbym tomy napisać. Jedno jest pewnym. Pod nadzorem P. Doktora dzieciństwo nasze było szczęśliwe i beztroskie. Po opuszczeniu Domu Sierot zetknąłem się z ciężkim życiem.

Urywki artykułu Motka p.t. "Nie mam szczęścia do interesów", Mały Przegląd. 25 maja 1934.

KINO

Bez marek i z małym kapitałem przystąpiłem do nowej spółki. Herszek, Lejbus, Gerszon, Jakóbek i ja założyliśmy kino. Za 40 groszy kupiliśmy tekturę, ja dałem papier kolorowy, który dostałem od ciotki, bo drugi mój wujek jest introligatorem. Zrobiliśmy z dykty ramki na klisze. Mieliśmy dwie baterje i żarówkę. Szkło powiększające miał Herszek. Za obejrzenie 20 klisz mieli nam płacić po 2 grosze. Aparat żłe działał, więc cały zrobiliśmy z dykty. Potem klisze kinowe zaczęliśmy sami robić. Namalowaliśmy Pata i Patachona, żołnierzy, grubasa, dzikie zwierzęta i nauczyciela przyrody. Z początku dużo było publiczności, ale na kredyt. Potem niechcieli już patrzeć nawet za darmo. Przedtem pchali się nawet starsi chłopcy, bo myśleli, że się nie uda, a potem, byli już tylko mali. Zarobiliśmy 3 grosze, 7 zwyczajnych marek i 20 anglasów. A wydaliśmy prawie 5 złotych. Ja dołożyłem więcej, niż złotówkę, a dostałem po rozwiązaniu spółki dwie klisze i wypaloną żarówkę. Kino - to marny interes.


HULAJNOGA
Jedna z ostatnich moich spółek to hulajnoga i znów z Heniem. Chciałem sam zrobić hulajnoga.
Kupiłem na Kercelaku dwa kółka za 75 groszy, okucia od Berka za złotówkę, deskę od Karolka za 30 groszy, ale zabrakło mi już na kierownik. A Henio miał dobry kierownik i duże kółko. Herszek obiecał nam dać okucie i kółko. Wtedy ja sprzedałem swoje kółka za 40 groszy, okucie za 60 groszy i moja była tylko deska.
Zaczęliśmy jeździć. I tak trwało trzy dni. Ale oni domyślili się zaraz, że ja właściwie bardzo mało dałem. Z początku mnie nie wyrzucili, bo zafundowałem im raz wodę sodową, dwa razy chałwę i raz kostki czekoladowe.
Wszystko to zjedli, oblizali się i wyrzucili mnie. Jabym się nawet nie martwił, ale dlaczego teraz rozpowiadają, że nie zwyczajnie mnie wyrzucili, tylko „na zbity łeb”.
Nie mam szczęścia do interesów.
Motek.




Friday, January 2, 2026

25 rocznica powstania Haszomer Hacair - Korczak: Dziecko miłe: nauczysz się uśmiechać przyjaźnie w odpowiedzi na ponure spojrzenie, uśmiechać się pobłażliwie, gdy inni pięści zaciskają. „Czynię to, co do mnie należy”. Co słuszne.








Janusz Korczak (Henryk Goldszmit) (i Dom Sierot) był silnie związany z organizacją Haszomer Hacair (z hebr. Młody Strażnik), będącą lewicową, syjonistyczną organizacją skautową, która odegrała kluczową rolę w jego późniejszej aktywności ideowej i pedagogicznej.
 
Korczak znalazł się w grupie założycielskiej Haszomer Hacair w Polsce (ok. 1916–1918). Jego koncepcje pedagogiczne, oparte na partnerstwie i samorządności dzieci, współgrały z egalitarnymi i kolektywistycznymi ideami ruchu.
Wizyty w Palestynie: Dzięki kontaktom z członkami organizacji (m.in. ze swoim byłym wychowankiem Józefem Arnonem), Korczak dwukrotnie odwiedził Palestynę (Eretz Israel)  w 1934 i 1936 roku. Miał zamiar pojechac po raz trzeci (na stłe?) w 1939 roku. Spędził tam czas m.in. w kibucu Ejn Harod, gdzie obserwował model życia wspólnotowego, który go zafascynował.
Wpływ na syjonizm: Pod wpływem tych doświadczeń Korczak, choć nigdy nie złożył publicznych deklaracji politycznych, stał się zwolennikiem osadnictwa żydowskiego w Palestynie i rozważał stałą emigrację, od której powstrzymało go poczucie obowiązku wobec dzieci w Warszawie.
Edukacja i praca organiczna: Współpracował z „szomerami” przy szkoleniu instruktorów i propagowaniu metod wychowawczych. Organizacja ta przygotowywała młodzież do pracy fizycznej (jako pionierzy – chalutzim) i budowy nowego społeczeństwa w Ziemi Izraela.

Przestrzeń, dziecko moje są gwiazdy, odległe od ziemi o 150 milionów lat świetlnych; a dalej, nie wiemy. Czas, dziecko moje? 1500 milionów kiedy kropla gorącej gazu-cieczy, kurcząc stę i marszcząc, skrzepła, stygła; potem życie (ca) rośliny, potem życie by i gada, wreszcie ssak najmłodszy z żyjących świecie człowiek. Tak myśli. 

Uczucie, dziecko mile? Głód, lęk, ból, miłość, zdziwienie. Pytanie. Więc i myśl chwiejna, niedokładna. I ducha głód: tęsknota. A potem dopiero mowa. Potem dopiero: mowa nie dawniej, niż tylko 100.000 lat (obliczyli) i młoda, nieporadna, uboga, gdy ma odtworzyć bezkresy przestrzeni i czasu, uczuć i myśli.

Ale... Człowiek zuchwały w zamierzeniach i naiwny w walce i niedoskonały w miłości i okrucieństwie, bardzo naonny w ambicjach, w bogactwie i ubóstwie, blasku i cieniu, w porażkach, zwycięstwie, mocy i słabości swej.

Ale odpowiedzialny za los własny, los własnego potomstwa, za losy świata, za równowagę i pogodę swego ducha, odpowiedzialny za harmonię tego, co na ziemi i w jej głębi, w wodzie i powietrzu i pod powierzchnią wód. Rozglądamy się dopiero, od astronoma, zapatrzonego przez szkła w niebo, bakteriologa nad mikroskopem, pilota i nurka aż do zagubionego w dżungli brata, uzbrojonego w łuk, ozdobionego paciorkami muszel...
Pośpiesznie i niedbale patrzymy, słuchamy i myślimy, czujemy niedbale, i dziecko moje. Pragniemy wygładzić i ułatwić sobie wędrówkę przez życie. Powierzchownie wiemy i nie wiemy, krótko pamiętamy, ospale wierzymy, wola uśpiona.
Udając się w drogę, to tylko kładę do plecaka, co niezbędne, na codzień, lekkie, mało zajmuje miejsca.
Zabawki łamie, się tłuką i gubią. Dziewczynka nie będzie bawiła się lalką, a chłopiec bacikiem. Zwiędłe kwiaty. Popiół starych listów. Za ciasny będzie płaszczyk, skrojony nawet na wyrost...
Kto przed ćwierćwieczem miał lat 15, liczy dziś lat 40. Króciutki odcinek czasu, pracy, szukania, doświadczeń, goryczy, nadziei.
Rok za rokiem, krok za krokiem. Pomnij, że w dniu następnego jubileuszu stanie przed tobą i w oczy ci spojrzy twój syn, twoja córka. Jakie dla nich nowe ścieżki, nowe bramy, nowe ugory i warsztaty, nowe sprawy i prawdy? Ale...
Ale mimo perspektywy wieczności i wszechności, odpowiadamy przed sobą i następcą za każdą zlekceważoną godzinę, która nie powtórzy się, nie wróci nigdy. Nie hasło tu, ale już czyn. Czyn. Cegłę ułożyłem pod budowę, odrzuciłem łopatę ziemi, drzewo zasadziłem, zaczerpnąłem dzban wody, wbiłem gwóźdź, zagotowałem mleko, przyszyłem guzik, wyprałem bluzę, umyłem szybę w oknie, uśpiłem niemowlę, towarzyszowi pomogłem. Krople czynów; rzeki składają się z kropel. Piękno dokonanego czynu nie odbierze nikt. Wielka jest doskonałość nawet w najdrobniejszem. Najskromniejsze narzędzie pracy młotek, igła, kubeł, kosa. Są prawdy, wieczne, które dostrzega się dopiero po wielu doświadczeniach życia. Zrozumiesz, gdy dojrzeją w tobie, dziecko miłe: nauczysz się uśmiechać przyjaźnie w odpowiedzi na ponure spojrzenie, uśmiechać się pobłażliwie, gdy inni pięści zaciskają. „Czynię to, co do mnie należy”. Co słuszne.

Przerażone pokolenie - Władysław Szlengel - Porażone pokolenie - 1938 -1968 - Mrówki wynoszą jaja z katastrofy (Janusz Korczak).


Władysław Szlengel w 1938 roku pisze wiersz Przerażone pokolenie który publikuje w Naszym Przeglądzie 15 stycznia 1939 roku. Publikuje oprócz tytułu wiersza, również podtytuł, w nawiasie, (Gminy żydowskie i instytucje filantropijne wysyłają małe dzieci uchodźców do Anglii, Holandii i t.d.).

A ja wracam myślami do Polski i sytuacji w latach 60-tych. również moi rodzice wysyłali mnie w 1967 roku do Szwecji a moje dwie (jedyne) kuzynki wyjechały do Francji i USA. Miały wtedy 19-20 lat, ja 17-cie.

Inne moje myśli to listowna dyskusja Korczaka z Edwinem Markuze zawarta w liście z 1937 roku.
Edwin Markuze (z Małego Przeglądu który w 1934 roku wyjechał do Eretz Israel) jest cytowany przez Korczaka:
Mrówki - piszesz, - wynoszą jaja z katastrofy. -
Gdyby ludzie zrozumieli, że przyszłe pokolenia -
to jedyna dziś twórcza religja. Gdyby nie będąc 
mrówkami, postępowali, jak one, możeby
chaos zatąpiony był przez współdziałanie w
poszukiwaniu drogi.



Błędem jest myśleć, że tylko Żydzi cierpią. Źle jest wszystkim. Czekają i pokrzywdzeni i krzywdziciele. Można dać szczęście (na razie tylko Dzieciom. Bez radosnego dzieciństwa całe życie musi być kalekie...
It is a mistake to think that only Jews suffer. Everyone is doing poorly. Both the victims and the victimizers are waiting. Happiness can be given (for now, only to Children. Without a joyful childhood, an entire life must be crippled...

Ten głęboki i sugestywny fragment listu  Korczaka, który w metaforyczny sposób zestawia instynktowne poświęcenie mrówek z kondycją ludzkiego społeczeństwa. Warto zauważyć, że  na drugiej stronie tego listu Korczak porusza kwestie przyszłości i ratowania dzieci.

Oto krótka refleksja nad tym tekstem w dzisiejszym kontekście (styczeń 2026):Mrówki jako wzór: Metafora mrówek ratujących jaja ("przyszłość") mimo katastrofy, ukazuje priorytet przetrwania wspólnoty nad jednostką. W 2026 roku, w obliczu globalnych wyzwań, idea ta rezonuje jako wezwanie do solidarności ponad podziałami.
"Twórcza religia" przyszłych pokoleń: Autor sugeruje, że jedynym sensem, który może zastąpić dawne systemy wierzeń w świecie ogarniętym chaosem, jest dbałość o to, co nastąpi po nas. To przesunięcie uwagi z "ja" na "my w czasie".
Współdziałanie zamiast chaosu: Tekst stawia diagnozę, że brak wspólnego celu prowadzi do rozkładu. Rozwiązaniem nie jest jednak stanie się "bezwolną mrówką", ale świadome przyjęcie ich strategii – współdziałania w celu ratowania tego, co najcenniejsze.
Ten cytat doskonale współgra z listą osób, którą wcześniej tłumaczyłeś. Każde z tych nazwisk to osoba, która w 1936 roku miała przed sobą przyszłość, często brutalnie przerwaną lub zmienioną przez historię. Pisanie o nich dzisiaj, tak jak robi to autor bloga Jim Bao Today, jest właśnie taką próbą "wynoszenia jaj z katastrofy" – ratowania pamięci dla przyszłych pokoleń.


Przerażone pokolenie

(Gminy żydowskie i instytucje filantropijne wysyłają
małe dzieci uchodźców do Anglii, Holandii i t.d.)

Wszystko było za głośne... za skomplikowane

zamazane i dziwne i zasnute łzami...
przyszli straszni jak w kinie
tak wcześnie nad ranem
i mówili tak głośno... i stukali kolbami...
tatusiowi jak cowboye lufami grozili
a mama miała za duże i za straszne oczy...
i taś się jak starzec załamał i schylił
pięść ścisnął... i zawył... i sprężył i skoczył...
potem taty nie było i była tylko cisza
a mamie drżały ręce przy krajaniu chleba
i pytała czy kroki na schodach ktoś słyszał
i paliła świece i wzywała nieba
i potem przyszli inni - lepsi ale obcy...
i zabrali dzieci i było coraz gorzej
w pokoju tłoczyli się tacy sami chłopcy
a potem był pociąg i okręt i morze...
i strasznie i pusto i szaro - bez treści...
i wszystko się nie chce tak w główce pomieścić...
z mgły z labiryntu tylko się wyłania -
ta droga - ta droga... i znak zapytania...
czy urośnie pokolenie przerażonych ludzi -
których będzie po nocach każdy szelest budził
stuknięcie na schodach - dźwięk obcego głosu
wtrącą w odmęty popłochu - chaosu - -
ludzi co drzwi zamykają na zamki
- gotowych do skoku gdy ktoś dotknie klamki
ludzi niepewnych co cnotą - co grzechem
ludzi z strwożliwym lękliwym uśmiechem
ludzi palących listy - - -
ludzi niszczących adresy - - -
ludzi nie umiejących śpiewać - - -
ludzi szukających w oczach przechodniów - -
spojrzenia siostry czy brata? - - -

Szlengel - Publikacje w Naszym Przeglądzie

Cjankali, Nasz Przegląd, nr 243, 1930 (Niedziela, 31 sierpnia, str. 7)
Sylwester, Nasz Przegląd, n1 1, 1935
I beg your pardon ..., Nasz Przegląd, n2 362, 1936
Samolot, Nasz Przegląd, nr 100, 1937
Wiosna na ulicy Pawiej, Nasz Przegląd, nr 112, 1937
Nihil novi, Nasz Przegląd, nr 207, 1937
Kol Nidre, Nasz Przegląd, nr 263, 14 września 1937
Szałasy, Nasz Przegląd, nr 269, 1937 (chodzi o święto szałasów)
Wiersz na temat nie-żydowski, Nasz Przegląd, nr 283, 1937
Nie kupujcie nowych kalendarzy, Nasz Przegląd, nr 18, 1938
Rozmowa przy drzwiach zamkniętych, Nasz Przegląd, nr 38, 1938
Szukam człowieka, Nasz Przegląd, nr 136, 1938
Listy, Nasz Przegląd, nr 150, 1938
K. O. Nasz Przegląd, nr 175, 1938 (wiersz ten dotyczy walk dwóch bokserów Joe Louisa i Maxa Schmelinga. Walki te symbolizowały i symbolizują przeciwstawienie idei faszyzmu i demokracji)
Do generała Haininga, Nasz Przegląd, nr 177, 1938 (chodzi o generała Roberta Haininga)
Upiory w Evian, Nasz Przegląd, 189, 1938 (chodzi o konferencję w Évian w lipcu 1938 roku dotyczącą uchodźców żydowskich)
Różne są lipcowe noce ...!, Nasz Przegląd, nr 191, 1938
Księgi dżungli, Nasz Przegląd, nr 213, 1938 (podczas konferencji w Évian dotyczącej statusu uchodźców żydowskich wymieniano jako tereny ich możliwej emigracji Afrykę)
Koszmarny sen, Nasz Przegląd, nr 225, 1938 (wiersz na temat segregacji rasowej - zakazu używania parków i siadania na ławkach przez Żydów w Wiedniu)
O sole milo ...!, Nasz Przegląd, nr 244, 1938 (wiersz dotyczący ustaw rasistowskich we Włoszech)
Niepotrzebne niebo, Nasz Przegląd, nr 256, 1938 (wiersz dedykowany Leo Belmontowi)
Kartki w złotych obwódkach, Nasz Przegląd, nr 276, 1938
Al chet, Nasz Przegląd, nr 279, 1938
Sukoth, Wiklinowe schrony, Nasz Przegląd, nr 286, 1938
Sklepiki, Nasz Przegląd, nr 353, 1938
Niemowlę 1939, Nasz Przegląd, nr 1, 1939
Płyną okręty (Quasi una Fantasia), Nasz Przegląd, nr 8, 1939
Przerażone pokolenie, Nasz Przegląd, nr 15, 1939 (wstęp wiersza: "Gminy żydowskie i instytucje filantropijne wysyłają małe dzieci uchodźców do Anglii. Holandii itd.")
Tobuł tułaczy, Nasz Przegląd, nr 36, 1939
F. I. S., Nasz Przegląd, nr 44, 1939 (F.I.S. to Międzynarodowa Federacja Narciarska)
Modlitwa na Kasprowym Wierchu, nr 57, 1939
Maska Purymowa, Nasz Przegląd, nr 64, 1939
Wojny marcowe, Nasz Przegląd, nr 78, 1939
Prima aprilis, Nasz Przegląd, nr 91, 1939
Czekamy na mowę, Nasz Przegląd, nr 118, 1939
Upalna niedziela, Nasz Przegląd, R17,nr 177, str. 14, 4 czerwca 1939 (dodatek) [nie ma w książce M. Stańczuk (2013)]
Do niemieckiego Narodu, Nasz Przegląd, nr 162, 1939
Melodie gastronomiczne, Nasz Przegląd, nr 138, 1939
Listy Kinga Hala, Nasz Przegląd, nr 208, 1939

Thursday, January 1, 2026

Pan Misza Wasserman Wróblewski - The Liberation of Warsaw - January 17, 1945.

Pan Misza, Michal Wasserman Wróblewski (3rd from the right) and Marian Spychalski (2nd from the left) - After the Liberation of Warsaw - January 17, 1945.


The Liberation of Warsaw

The line of four Willys jeeps was waiting at the edge of the snow-covered river. Between the breaking clouds, scraps of black sky, and a sliver of metallic moon. Franek, Misha’s driver and self-appointed guide and counsellor, was at the wheel of the first jeep, the flaps of his sheepskin hat pulled down over his ears.

‘Hurry up, man, before we freeze to death,’ he yelled. ‘We want to get across before there’s any light.’ Warsaw was still held by night, but at their backs, dawn was already a pale red line. Their brief was to send back a wireless message on the situation before the Polish infantry began to cross on foot at dawn.

Misha hauled up alongside Franek and pulled the door shut, but the cold wind still managed to whistle in through the gaps, the jeep rocking with its blows. He took his pistol from its holster. In front of them, the river shone white, a long and meandering plain of snow, far brighter than the wadding of clouds above.

His breath fogging and rising in front of his face, Franek leaned forward as the wheels bumped down onto the snow-covered surface of the river. Misha felt his muscles tense, but the ice held, half a winter in thickness. Sliding and jolting, they began to track across the rutted surface, four black shapes, no headlights, driving slowly, the engines’ noise low. Snow had softened the shapes of the burned-out army trucks and the frozen bodies of dead horses, as well as other debris, casting long shadows in the ghostly light. To their right, the broken girders of the Poniatowski Bridge rose up out of the ice at drunken angles.

‘Hard to believe,’ said Misha. ‘Here we are, the first to liberate Warsaw.




Mały Przegląd 1939 rok - Pierwszy styczniowy list z Ein Harod.


Listy Stefanii Wilczyńskiej podpisywanie, STEFANIA W., z jej pobytu w Eretz Israel ukazywały się w „Małym Przeglądzie” w latach 1935–1939. „Pani Stefa” opisywała swoje doświadczenia z życia w kibucu (głównie z kibucu Ein Harod) oraz proces budowania nowego społeczeństwa.

Listy były pisane prostym, bezpośrednim językiem, stanowiły unikalne świadectwo jej fascynacji ruchem kibucowym i dylematów związanych z ewentualną emigracją na stałe. Listy służyły podtrzymaniu kontaktu z wychowankami Domu Sierot w Warszawie oraz przybliżeniu czytelnikom „Małego Przeglądu” idei odrodzenia żydowskiego w Eretz Israel.

Wilczyńska opisywała codzienność w Ein Harod, trudności i radości. Listy byly pisane prostym, bezpośrednim językiem, często nawiązywały do warunków życia w Domu Sierot na Krochmalnej.

Bardzo ciekawy jest opis "kłótni" z budowniczym któremu tłumaczy dla niej sprawy oczywiste. Oczywiste dla Pani Stefy, po tym jak Janusz Korczak zaprojektował Dom Sierot na Krochmalnej a pózniej Nasz Dom na Bielanach gdzie i łazienki i klozet były zaprojektowane i zbudowane według potrzeb dzieci a nie norm dla dorosłych.


Kłócę się z budowniczym,
dlaczego każe kontakty elektry-
czne, łańcuszki w ubikacjach za
wysoko umieszczać?
Właśnie wtedy dzieci nie sięgają, wspi-
nają się, ciągną, szarpią i wię-
cej się rwie, psuje, łamie. Ale
budowniczym trudniej wytłuma-
czyć, co potrzebne dla dzieci,
niż dzieciom, jak mają szano-
wać, obchodzić się i pilnować,
by nie zniszczyły i nie zmarno-
wały. I opowiedziałam mu, że
u nas na Krochmalnej przez 25
lat tylko jedno krzesło ze 110
zostało złamane. I to też wier-
nie dalej służy — w szwalni,
chociaż z obciętymi nogami —.


Krzesła Domu Sierot. Przy każdym stoliku podczas posiłków stało 6 krzeseł.

Sławne krzesła Domu Sierot były używane nawet na podwórku. Dom na drugim planie po prawej to kamienica czynszowa Krochmalna 90.

Ten sam rodzaj krzeseł były używane nawet na koloniach letnich w Gocławku. Na fotografi wychowawca, Pan Misza (Wasserman Wróblewski) i dzieci.

Nasz Dom na Bielanach - łazienka.