Saturday, October 24, 2026

Dom Sierot Korczaka jako baza ratunku. Cztery prace Pana Miszy w Warszawskim Getcie.

 


Warszawskie getto, odizolowane od świata w listopadzie 1940 roku, szybko stało się gigantyczną, zamkniętą machiną eksterminacji. Niemiecki plan był prosty: jeśli nie zabiją kule, zrobi to głód. Oficjalne racje żywnościowe dla Żydów wynosiły zaledwie około 180–200 kalorii dziennie.
Efekty były przerażające. W samym tylko 1941 roku i pierwszej połowie 1942 roku na ulicach getta z głodu i tyfusu plamistego zmarło ponad 100 tysięcy ludzi. W szczytowych momentach epidemii i niedożywienia, każdego miesiąca umierało od 4 do 5 tysięcy osób. Trupy owinięte w papiery leżały bezpośrednio na chodnikach ulic Chłodnej, Leszna czy Karmelickiej, czekając na wózki cmentarne.
Każdy, kto oglądał wstrząsające filmy dokumentalne z tamtego okresu, ma pod powiekami ten sam, przerażający obraz z cmentarza żydowskiego przy ulicy Okopowej. Ciała zmarłych, przypominające ludzkie szkielety obciągnięte skórą, układano na specjalnych, zbitych z surowych desek pomostach – swoistych pochylniach i zjeżdżalniach – z których bezimiennie, masowo spuszczano je wprost do gigantycznych, zbiorowych grobów. W takich warunkach walka o choćby jedno dodatkowe naczynie z zupą była walką o to, by samemu nie stać się kolejnym bezimiennym szkieletem na cmentarnej zjeżdżalni.
W tym piekle praca nie była kwestią kariery ani zarobku. Praca była jedyną możliwością zdobycia dodatkowego kęsa jedzenia, a jedzenie oznaczało przeżycie kolejnego dnia. Mój Ojciec, Pan Misza (Wasserman Wróblewski), podjął tę rzuconą przez los rękawicę. Aby przetrwać i pomagać innym, musiał w murach getta przybierać cztery zupełnie różne role, dla których to właśnie Dom Sierot Janusza Korczaka stanowił jedyną bazę, schronienie i punkt oparcia. Oto historia, niepełna jego walki. Pamiętam, że również zbierał złom.

1. Wychowawca w Domu Sierot: Walka o godność dziecka.
Pierwszą i najbliższą sercu pracą Pana Miszy była funkcja wychowawcy w unikalnej republice dziecięcej Janusza Korczaka. Najpierw przed wojną przy Krochmalnej, a po przymusowym przesiedleniu Domu Sierot do getta –  w budynku Sienna 16 / Śliska 9.
Wychowawca w getcie musiał być kimś więcej niż pedagogiem – być jednocześnie tarczą chroniącą dziecięcą psychikę przed otaczającym horrorem. Pan Misza u boku Starego Doktora uczył, organizował samorząd, pisał kroniki i gdy nikt nie widział, ocierał łzy. Jednak sytuacja aprowizacyjna placówki z tygodnia na tydzień stawała się katastrofalna. Liczba dzieci wynosiła ponad dwieście, a zapasy topniały gwałtownie.
To wtedy Janusz Korczak podjął się roli, którą sam z bolesną ironią określał mianem jałmużnika. Chory, potwornie zmęczony, z głodowymi obrzękami nóg, Stary Doktor każdego dnia wyruszał w miasto. Chodził od drzwi do drzwi – do bogatych kamieniczników, przemytników, spekulantów i urzędników Judenratu – dosłownie żebrząc, prosząc i kłócąc się o każdą złotówkę, o parę deko kaszy, o tran, o suchary dla swoich dzieci. Kiedy brakowało jedzenia, personel musiał szukać innych dróg ratunku poza murami instytucji.

2. Ryksiarz: „Leszno-Solna – ryksza wolna!”
Gdy pensja wychowawcy nie była w stanie zapewnić środków na czarnorynkowe jedzenie, Pan Misza musiał wygospodarować dodatkowy dochód na bruku getta – został ryksiarzem. Tramwaje w getcie (słynne linie z gwiazdą Dawida) były przepełnione, a prawie wszystkie konie z czasem zjedzono. Ryksze rowerowe stały się głównym środkiem transportu dla tych, którzy musieli się przemieszczać.
Czerwona ryksza, którą jeździł, miała swoją rodzinną historię – należała do jego ciotki Krystyny, która pracowała jako kelnerka w tym samym budynku, w którym mieścił się Dom Sierot. Mój Ojciec, pedałując z całych sił po dziurawym bruku, wołał donośnie na skrzyżowaniach: „Leszno-Solna – ryksza wolna!”.
Wszystko wskazuje na to, że tą samą rykszą Pan Misza woził również samego Janusza Korczaka, gdy ten, jako wspomniany jałmużnik, musiał przemierzać kilometry, by zbierać fundusze i ratować prowiant. Praca ryksiarza dawała Ojcu parę groszy, które natychmiast zamieniano na chleb na wolnym rynku i przynoszono z powrotem do bazy na Siennej.

3. Szmugler „na telefonie” i ratunek pamięci
Trzecie oblicze Pana Miszy było najbardziej niebezpieczne – wszedł w świat szmuglu, który był jedynym powodem, dla którego getto nie wymarło z głodu w trzy miesiące. Ojciec pracował w systemie tzw. „szmuglu na telefon”.
Kluczem do sukcesu był układ korupcyjny. Gdy przy bramie wejściowej do getta dyżurowała „zaprzyjaźniona” (czyli opłacona) Policja Granatowa oraz policja żydowska, Pan Misza dawał sygnał telefoniczny na drugą stronę muru, na stronę aryjską. Kontakt z Policją Granatową był możliwy dzięki mojemu Dziadkowi – jego szkolny kolega z dawnych lat odpowiadał bezpośrednio za jednostki policji granatowej pilnujące granic getta. Po telefonie Ojca, przez mur lub przez bramę błyskawicznie przerzucano worki z mąką, kaszą czy mięsem.
Ta grupa szmuglerów, z którą związany był Pan Misza, odegrała prawdopodobnie jeszcze jedną, historyczną rolę. To najpewniej właśnie ci odważni ludzie, mający kontakty przy bramach i znający każdy zakamarek muru i inne przejścia, zdołali wynieść z terenu Duzego Getta bezcenne dokumenty Janusza Korczaka (w tym jego Pamiętnik), które Pan Misza uratował z Małego Getta, zabezpieczył i ukrył tuż po tragicznej sierpniowej deportacji Doktora i dzieci do Treblinki.

4. Robotnik budowlany: Przepustka do życia
Ostatnia, czwarta praca Pana Miszy była bezpośrednim darem od Janusza Korczaka, który do samego końca próbował ratować swoją młodą, zdolną kadrę pedagogiczną. Przed Wielką Akcją likwidacyjną, Doktor wykorzystał swoje znajomości, by załatwić Panu Miszy oraz trzem dawnym wychowankom Domu Sierot pracę w komandzie robotniczej wychodzącej codziennie na zewnątrz Getta.
Ojciec zaczął pracować jako robotnik budowlany po stronie aryjskiej. Wychodzenie poza mury pod niemiecką eskortą było przywilejem – oznaczało i dawało możliwość przynoszenia z zewnątrz żywności.
To była ostatnia praca Pana Miszy w getcie. Pewnego dnia, wykorzystując zamieszanie i nieuwagę strażników, Pan Misza podjął ostateczną decyzję. Nie powrócił z placu budowy za mury. Odłączył się od kolumny, zrzucił opaskę z gwiazdą Dawida i został na na aryjskiej stronie by pod nowym nazwiskiem kontynuować walkę z okupantem i ratować pamięć Doktora, wychowawców i wychowanków Domu Sierot
Medyczne i bytowe piekło Warszawy roku 1941 i 1942 pokazało pełne spektrum fenomenu przetrwania. Jak podsumował po latach we wspomnieniach sam Pan Misza: „A jednak życie samo pokazało, że Korczak nie był »programem rezygnacji«”. Był programem czynnej, rozpaczliwej walki o człowieka, w której każda praca mojego Ojca – wspierana przez bezpieczną przystań korczakowskiego domu – stawała się kolejnym dniem wygranym ze śmiercią.