ROZDZIAŁ 23 – PEŁNE TŁUMACZENIE (STRONY 248–264)
Dzieci pracują
Ulice były pełne ruchu i gwaru.
Jakby pod wpływem ukrytego oczekiwania wszyscy mieszkańcy wylegli na chodniki i jezdnie. W ciemnościach ludzie tłoczyli się w ciasnych i dusznych pokojach, a było ich tak wielu, że nie dało się poruszyć. Z ich wnętrza, aż na odległość strefy granicznej, dobiegał szum dziesiątek ciał stłoczonych na powierzchni małej podłogi.
Tymczasem na niebie wzeszło słońce, a jego promienie ogrzały w większości ich ciała, owinięte w brudne łachmany ludzi siedzących na chodniku. Ten poranek nie był podobny do poprzednich poranków tego „miasta uchodźców”.
Getto przestało już być częścią wielkiego miasta.
Białe, murowane ogrodzenia o wysokości jednej kondygnacji, zwieńczone potłuczonym szkłem, wznosiły się wzdłuż ulic. Domy, których fasady i skrzydła zostały zniszczone w pożarach, wyglądały jak strzępy rzeczy porzuconych w kącie pokoju. Ślepe, zabite deskami okna, bez szyb; bramy pozbawione drzwi, tynk odpadający z murów, odsłaniający brudne cegły – wszystko to sprawiało wrażenie karykatury miasta.
Chodniki i ulice pozostały niezmienione; zresztą nie było na nich żadnego ruchu, poza stukotem małych kółek wózków, którymi przewożono Żydów oraz ich nieliczny dobytek.
Dzień w dzień, w godzinach porannych, przechodzili tędy zbieracze z terenu miasta, szukając i zbierając ciała zmarłych, które wyrzucono nocą na ulicę. Na te domy rzucano zasłonę zapomnienia – owinięte w stare gazety zwłoki zmarłych leżały na ulicy. Nie było nikogo, kto przygotowałby dla nich całuny – wrzucano je na wozy, by przewieźć na cmentarz. Przewożenie ciał w ten sposób stanowiło codzienny widok dla setek ludzi.
Ale życie toczyło się dalej.
W urzędowym rozdzielniku otrzymywali dwa kilogramy chleba na miesiąc, 25 gramów cukru, dziesięć dekagramów marmolady oraz kawałek mydła. W rzeczywistości – nie sposób było przeżyć wyłącznie z tych racji.
Mimo to byli w getcie ludzie zamożni; część z nich nawet bogaciła się: część z nich czerpała zyski z wyprzedaży resztek majątku, który pozostał w ich rękach z czasów przedwojennych.
Handel kwitł, na miarę możliwości. Każda rzecz była wystawiana na sprzedaż, a kupujący rzucali się na wszystko, co przypominało jedzenie: otwartą puszkę ryb, kawałek chleba, resztki potraw, które przetrwały próbę czasu. Przepustka na „tamtą stronę” miała ogromną wartość, wręcz astronomiczną cenę, ponieważ była jedynym ratunkiem i pozwalała przynieść ze sobą żywność.
Od dłuższego czasu ruch w tym gęstym tłumie omijał niemiecki pojazd wojskowy, który torował sobie drogę w kierunku hotelu „Britannia” lub w stronę strefy. Na widok zbliżąjącego się pojazdu ludzie uciekali w popłochu; kierowca wjeżdżał prosto w tłum stłoczonych ludzi, a zanim ci zdążyli uciekć na boki – potrącał ich. Ci, którzy nie zdołali uskoczyć w pośpiechu – stawali się kolejnymi ofiarami leżącymi na drodze.
Nie było nikogo, kto opłakiwałby zmarłych. Odwracano od nich wzrok w nagłym pośpiechu, bez słowa.
Dzieci z Domu Sierot, w tym nowym domu, otrzymywały pomimo wszystko posiłek raz dziennie. Była to porcja zupy oraz kawałek czarnego chleba.
Rada Żydowska starała się co pewien czas przydzielić kilkaset skromnych obiadów; od czasu do czasu gmina wydawała porcje dzięki środkom pochodzącym z opłat nakładanych na rynku za towary, które przemycano do getta.
Jednak mijali dni, a ich głód rósł, a wraz z nim rósł ucisk i lęk przed powrotem z kuchni z pustymi rękami... i Aron wracają z kuchni z pustym garem.
Wtedy Stefa zwraca się do tych skarbów-zapasów, które posiada: gotują dziś kaszę jaglaną. Zaprawiają kaszę cebulą, żeby dzieci poczuły się nasycone dzięki opiece bogatej w drobne gesty i organizację.
Doktor wie, że w żaden sposób nie jest w stanie wykarmić tej rzeszy dzieci, która na nim spoczywa. Dlatego stara się ponad siły zdobyć dla nich jak najwięcej biletów na posiłki, tak zwanych czerwonych biletów pracy. W dniach pracy były one rozdawane bardzo skąpo.
Wczorajszy niepokój ustał. Wyjście rano na ulicę, na spotkanie z Gestapo, nie napawało Doktora lękiem, choć groziło mu tam niebezpieczeństwo ze strony Vogta.
Niki nie sądził, rzecz jasna, by taka wizyta należała do przyjemnych; jednak Doktorowi nie przyszło nawet do głowy, że grozi mu tam osobiste niebezpieczeństwo.
Gdy trzymał uniesioną w górę dłoń z przepustką lekarską, przeszedł przez budkę wartowniczą u bramy getta. Z tamtej, żydowskiej strony, dwaj żydowscy policjanci skłonili się przed nim, jak przed znajomym; z tamtej strony polskiej odprowadziło go współczujące spojrzenie polskiego policjanta i obojętny wzrok Niemca.
Ulice były puste; nikt go nie zaczepiał. Przechodnie i uchodźcy, którzy natknęli się na niego po drodze, ze wstydem spuszczali wzrok na widok żydowskiej opaski.
Drewniane podeszwy jego butów stukały z hałasem po kamiennym bruku.
– Jak w Sodomie... – pomyślał Doktor.
– Jak w Sodomie... – pomyślał Doktor.
Wędrował samotnie, jako że chodzenie po chodnikach było dla Żydów zabronione. Jego droga wiodła przez długą aleję, ale on nie czuł zmęczenia, mimo że oddech miał krótki. Wręcz przeciwnie, cieszył się na widok ziemi i błękitnego nieba, które wydawało się tutaj o wiele jaśniejsze, czystsze i bardziej przejrzyste niż wewnątrz getta.
Z ciekawością przyglądał się ulicy Miodowej: sklepy były wciąż zamknięte, tak jak w godzinie, gdy opuścił podziemie.
Miasto sprawiało wrażenie stolicy przed porannym przebudzeniem; jednak przechodnie i wozy sprawiali wrażenie śpiących, którzy jeszcze się nie obudzili. Spiesząc się, mijali domy.
Zanim Doktor zdążył skręcić w bok ze swojej ścieżki, na jego spotkanie wyszedł Vogt. Wrócił do niego po rozmowie w biurku pełnym powagi, a jego kroki były pewne.
– Nie pozwolę im zasiać strachu w waszych sercach – obiecał sobie. – Należy postępować z nimi jak z każdym innym człowiekiem; nie wolno pozwolić im wejść sobie na głowę. I co oni w ogóle mogą mu zrobić? Vogt to przecież lekarz – rozważał w duchu.
I zaczął odtwarzać w wyobraźni postać Vogta jako studenta. Niemieckie miasteczko – może Heidelberg – z tradycją dawnych obyczajów. Co prawda nigdy nie został tam przyjęty do korporacji, do „Burschenschaftów” niemieckich studentów, ale przecież był lekarzem, człowiekiem wykształconym, składającym przysięgę lekarską.
W jego pamięci odżyły słowa przysięgi, które obudziły w jego uszach i sercu ducha walki; dodały mu odwagi i dumy. Nie na jednej wojnie już bywał; przyszło mu już stać twarzą w twarz z niebezpieczeństwem, a nawet ze śmiercią... Pragnął porozmawiać z Vogtem twarzą w twarz, bez świadków. Oto co sobie mówił...
Przed budynkiem zarządu getta spotkał dwóch Żydów. Choć strój urzędników był schludny, po ich zmęczonych i bladych twarzach widać było piętno głodu. Doktorowi wydawało się, że są mu znani.
– Czy to urzędnicy w Radzie Żydowskiej, wezwani na przesłuchanie? – pomyślał.
Skinęli mu głową na pożegnanie, a ich spojrzenie wyrażało współczucie, w taki sposób, w jaki patrzy się na człowieka skazanego na śmierć.
On wyszedł naprzeciw.
– Tylko odebrać instrukcje – przemknęło mu przez myśl.
– Tylko odebrać instrukcje – przemknęło mu przez myśl.
Żeby otworzyć te drzwi z litego żelaza i znaleźć się w wielkiej sali Gestapo, musiał zebrać w sobie wszystkie wcześniejsze zamiary „rozmowy” z Vogtem na stopie czysto lekarskiej. Czuł, że ta chwila pokrywa całe jego wnętrze.
– Stąd żaden Żyd nie wychodzi żywy – przypomniał sobie słowa, które szeptano mu w getcie.
Ogarnął go wstyd. Strach?
Nie, ten szacunek nie przejdzie na Doktora.
Z kamienną twarzą przyjął odprawienie przez człowieka w mundurze, który rozkazał mu czekać w korytarzu – poczekalni przeznaczonej specjalnie dla Żydów, oddzielonej od reszty budynku. Nawet krzeseł tam nie było.
Ten kwadrans czekania zmęczył jego nogi, i tak już obolałe po przebyciu ostatnich kilometrów marszu. Choć w głowie i z pragnienia kręciło mu się w głowie, to jednak serce ukoiło się całkowicie.
– Zacznę od wspomnień, – pomyślał – zapytam go, gdzie ukończył studia medyczne. Kto wie, może spotkaliśmy się kiedyś na jakimś zjeździe lekarzy, a może w szpitalu?
– Jak wygląda w białym fartuchu? – Nie potrafił wyobrazić sobie Niemca bez munduru i bez krzyża żelaznego.
Z trudnością wchodził po schodach na górę. Stopnie były liczne, a każdy krok wymagał wysiłku. Splotło się to w sercu Doktora jako powrót do niemożliwej rozmowy, którą tak bardzo chciał odbyć.
Z wnętrza wielkiej sali, powyżej której znajdowały się małe okna, w rogu stało biurko – jakby samotna skrzynia, tak mała, że wyglądała, jakby miała zapaść się pod ziemię.
Błyszczały tam wypolerowane żyrandole, a blask odbijał się od lustrzanej posadzki. W tym świetle lśniła szklana płyta na biurku; leżały na niej notatki Doktora, te, które skradziono mu z szuflady biurka, a czarne nitki ich pisma stały się jeszcze bardziej wyraźne na tle żółtawego papieru.
– Wygląd żebraka, – pomyślał w duchu – łachmana... który krąży po prośbie.
– Stąd żaden Żyd nie wychodzi żywy – przypomniał sobie słowa, które szeptano mu w getcie.
Ogarnął go wstyd. Strach?
Nie, ten szacunek nie przejdzie na Doktora.
Z kamienną twarzą przyjął odprawienie przez człowieka w mundurze, który rozkazał mu czekać w korytarzu – poczekalni przeznaczonej specjalnie dla Żydów, oddzielonej od reszty budynku. Nawet krzeseł tam nie było.
Ten kwadrans czekania zmęczył jego nogi, i tak już obolałe po przebyciu ostatnich kilometrów marszu. Choć w głowie i z pragnienia kręciło mu się w głowie, to jednak serce ukoiło się całkowicie.
– Zacznę od wspomnień, – pomyślał – zapytam go, gdzie ukończył studia medyczne. Kto wie, może spotkaliśmy się kiedyś na jakimś zjeździe lekarzy, a może w szpitalu?
– Jak wygląda w białym fartuchu? – Nie potrafił wyobrazić sobie Niemca bez munduru i bez krzyża żelaznego.
Z trudnością wchodził po schodach na górę. Stopnie były liczne, a każdy krok wymagał wysiłku. Splotło się to w sercu Doktora jako powrót do niemożliwej rozmowy, którą tak bardzo chciał odbyć.
Z wnętrza wielkiej sali, powyżej której znajdowały się małe okna, w rogu stało biurko – jakby samotna skrzynia, tak mała, że wyglądała, jakby miała zapaść się pod ziemię.
Błyszczały tam wypolerowane żyrandole, a blask odbijał się od lustrzanej posadzki. W tym świetle lśniła szklana płyta na biurku; leżały na niej notatki Doktora, te, które skradziono mu z szuflady biurka, a czarne nitki ich pisma stały się jeszcze bardziej wyraźne na tle żółtawego papieru.
– Wygląd żebraka, – pomyślał w duchu – łachmana... który krąży po prośbie.
Spuścił głowę. Zauważył sponiewierane buty na swoich stopach i poczuł uśmiech pana von Vogta. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że buty mogą być w życiu człowieka tak ważne.
Przemierzał powoli pokój, a jego stopy stąpały ciężko po wybrukowanej posadzce. Ponieważ na jego twarzy malowała się pewność siebie, zanim zbliżył się do biurka, Vogt przyjrzał mu się z uwagą, jakby czekał na rozkazy. W tym spojrzeniu nie było nic z tego, co znali z okrucieństwa świata pogrążonego w wojnie.
Nie wiedział, czy ten wygląd nędzy na twarzy Doktora zrobił wrażenie na Niemcu, ale ten nigdy nie traktowałby Doktora tak, jak traktowano innych Żydów.
Nie wpłynął na niego fakt, że miał przed sobą członka obcej narodowości i rzemiosła. Co z tego? Nieraz zdarzyło mu się widzieć, jak bito żydowskich lekarzy za drobne uchybienia administracyjne, i nigdy nie przyszło mu do głowy, by wstawić się w ich obronie.
– Współczucie to cecha, która nie przystoi Niemcowi, a tym bardziej lekarzowi. – Myślał tak i czuł, jak to miejsce tortur i udręki oczyszczało jego własne sumienie, chroniąc przed myślą, do której zmuszali go inni Niemcy.
– To nie nasza wina, – to była rozmowa prowadzona w cztery oczy z przyjaciółmi – to ten chłopak, „Humanista”, przyniósł to na nas. Oby nie uciekł na widok kary śmierci – dodał.
Myśl o tym małym chłopcu, synu biedaka, którego roztrzaskano kamieniami, a jego czaszkę unurzano w błocie. To było dziecko ulicy. Brak uczuć – poruszyła go w tej chwili i prawie doprowadziła do łez.
Przed nim stał wychowawca. Naprawiacz błędów przeszłości, uosobienie nowych metod pedagogicznych. Obudziło się w nim pragnienie rozmowy z tym człowiekiem, usłyszenia jego opinii na temat tych nowych metod.
Vogt wyciągnął dłoń do Doktora i poprosił go, by usiadł. Wyjął z papierośnicy papierosa i poczęstował nim Doktora.
Przemierzał powoli pokój, a jego stopy stąpały ciężko po wybrukowanej posadzce. Ponieważ na jego twarzy malowała się pewność siebie, zanim zbliżył się do biurka, Vogt przyjrzał mu się z uwagą, jakby czekał na rozkazy. W tym spojrzeniu nie było nic z tego, co znali z okrucieństwa świata pogrążonego w wojnie.
Nie wiedział, czy ten wygląd nędzy na twarzy Doktora zrobił wrażenie na Niemcu, ale ten nigdy nie traktowałby Doktora tak, jak traktowano innych Żydów.
Nie wpłynął na niego fakt, że miał przed sobą członka obcej narodowości i rzemiosła. Co z tego? Nieraz zdarzyło mu się widzieć, jak bito żydowskich lekarzy za drobne uchybienia administracyjne, i nigdy nie przyszło mu do głowy, by wstawić się w ich obronie.
– Współczucie to cecha, która nie przystoi Niemcowi, a tym bardziej lekarzowi. – Myślał tak i czuł, jak to miejsce tortur i udręki oczyszczało jego własne sumienie, chroniąc przed myślą, do której zmuszali go inni Niemcy.
– To nie nasza wina, – to była rozmowa prowadzona w cztery oczy z przyjaciółmi – to ten chłopak, „Humanista”, przyniósł to na nas. Oby nie uciekł na widok kary śmierci – dodał.
Myśl o tym małym chłopcu, synu biedaka, którego roztrzaskano kamieniami, a jego czaszkę unurzano w błocie. To było dziecko ulicy. Brak uczuć – poruszyła go w tej chwili i prawie doprowadziła do łez.
Przed nim stał wychowawca. Naprawiacz błędów przeszłości, uosobienie nowych metod pedagogicznych. Obudziło się w nim pragnienie rozmowy z tym człowiekiem, usłyszenia jego opinii na temat tych nowych metod.
Vogt wyciągnął dłoń do Doktora i poprosił go, by usiadł. Wyjął z papierośnicy papierosa i poczęstował nim Doktora.
– To szlachetna rasa, – pomyślał Doktor.
Mimo to wziął papierosa i z rozkoszą chłonął jego przyzwoity dym. Od dawna nie palił tak dobrego papierosa.
– Smakuje panu? – zapytał Niemiec.
– Doskonały – odpowiedział Doktor.
– Może pan palić w mojej obecności jak w gronie najbliższych przyjaciół – zaczął Vogt.
Doktor uniósł brwi w niemym zdziwieniu.
– Trafił pan w moje ręce – powiedział Vogt. – Dzięki moim staraniom i zainteresowaniu, jakie wzbudziły pana metody pedagogiczne, udało mi się uzyskać zgodę władz – nałożyłem na siebie obowiązek włączenia pana do programu lekarskiego służby wojskowej... Na początku będzie pan pracował w szpitalach jenieckich – dodał. – Później, jak sądzę, pojawi się możliwość przeniesienia pana do szpitala dziecięcego, zgodnie z pana kwalifikacjami.
Mimo to wziął papierosa i z rozkoszą chłonął jego przyzwoity dym. Od dawna nie palił tak dobrego papierosa.
– Smakuje panu? – zapytał Niemiec.
– Doskonały – odpowiedział Doktor.
– Może pan palić w mojej obecności jak w gronie najbliższych przyjaciół – zaczął Vogt.
Doktor uniósł brwi w niemym zdziwieniu.
– Trafił pan w moje ręce – powiedział Vogt. – Dzięki moim staraniom i zainteresowaniu, jakie wzbudziły pana metody pedagogiczne, udało mi się uzyskać zgodę władz – nałożyłem na siebie obowiązek włączenia pana do programu lekarskiego służby wojskowej... Na początku będzie pan pracował w szpitalach jenieckich – dodał. – Później, jak sądzę, pojawi się możliwość przeniesienia pana do szpitala dziecięcego, zgodnie z pana kwalifikacjami.
Ta propozycja spadła na głowę Doktora jak grom z jasnego nieba.
Jednak wniosek o wyjazd do Niemiec w sprawie szpitala dziecięcego, o którym mówili w owym czasie, na początku podpisali Czerniakow, a po nim inni. Potrzebni byli tam lekarze.
Nie potrzebował wiele czasu na zastanowienie się nad odpowiedzią, którą musiał mu dać.
– Taki sam los czeka również dzieci wewnątrz getta – powiedział. – A może nawet w jeszcze większym stopniu.
Vogt spojrzał na niego z litością.
– Miałem zamiar panu pomóc, panie Doktorze – powiedział. – Nie radzę panu odrzucać mojej propozycji. Przed panem jeszcze wiele pracy... Słyszałem, że pan jest zwolennikiem pełnej niezależności dzieci. Ta niezależność odbiera im siłę charakteru. Taki model wydaje nam się...
– Ale to ona rozwija dyscyplinę, – przerwał mu Doktor. – Do dyscypliny nie są potrzebni ludzie. To jest wewnętrzna potrzeba. Jest ona wpisana w naturę każdego Niemca: jako dorosły i jako dziecko. Słuchanie rozkazów nie świadczy o sile, lecz o słabości. świadczy jedynie o słabym charakterze. My zaś potrzebujemy ludzi z silnym charakterem. Chcemy wychować naród – a nie posłuszną trzodę – „psów policyjnych”. U was to określenie służy za wyraz szacunku.
– I czy pan sądzi, panie Doktorze, że pana metody pedagogiczne przyniosą im ratunek? – zapytał Vogt z lekkim drwieniem.
– Mnie osobiście nic innego nie interesuje. Pragnę jedynie wywrzeć wpływ na pokolenie uczniów – to jest ważne dla nas. Co się tyczy reszty – ta sprawa leży w gestii nauki. Podważenie autorytetu nauczyciela doprowadzi w końcu do upadku autorytetu samej nauki.
Jednak wniosek o wyjazd do Niemiec w sprawie szpitala dziecięcego, o którym mówili w owym czasie, na początku podpisali Czerniakow, a po nim inni. Potrzebni byli tam lekarze.
Nie potrzebował wiele czasu na zastanowienie się nad odpowiedzią, którą musiał mu dać.
– Taki sam los czeka również dzieci wewnątrz getta – powiedział. – A może nawet w jeszcze większym stopniu.
Vogt spojrzał na niego z litością.
– Miałem zamiar panu pomóc, panie Doktorze – powiedział. – Nie radzę panu odrzucać mojej propozycji. Przed panem jeszcze wiele pracy... Słyszałem, że pan jest zwolennikiem pełnej niezależności dzieci. Ta niezależność odbiera im siłę charakteru. Taki model wydaje nam się...
– Ale to ona rozwija dyscyplinę, – przerwał mu Doktor. – Do dyscypliny nie są potrzebni ludzie. To jest wewnętrzna potrzeba. Jest ona wpisana w naturę każdego Niemca: jako dorosły i jako dziecko. Słuchanie rozkazów nie świadczy o sile, lecz o słabości. świadczy jedynie o słabym charakterze. My zaś potrzebujemy ludzi z silnym charakterem. Chcemy wychować naród – a nie posłuszną trzodę – „psów policyjnych”. U was to określenie służy za wyraz szacunku.
– I czy pan sądzi, panie Doktorze, że pana metody pedagogiczne przyniosą im ratunek? – zapytał Vogt z lekkim drwieniem.
– Mnie osobiście nic innego nie interesuje. Pragnę jedynie wywrzeć wpływ na pokolenie uczniów – to jest ważne dla nas. Co się tyczy reszty – ta sprawa leży w gestii nauki. Podważenie autorytetu nauczyciela doprowadzi w końcu do upadku autorytetu samej nauki.
Doktor nie do końca rozumiał niektóre z wypowiedzianych słów.
– Nauka to jedno, a życie to drugie – zacytował słowa Hitlera. – „Nie interesuje nas żadna prawda dla samej prawdy”. Niech pan przeczyta, panie Doktorze, dzieła profesora Wolfsa. Odrzuciliśmy międzynarodową naukę, teraz ciąży na nas obowiązek walki o prawdę naukową. Idee Adolfa Hitlera zawierają w sobie ostateczną prawdę oraz całą prawdę naukową.
– Ale co to ma wspólnego ze mną? Przecież wie pan, panie Doktorze, że nie wolno mi nawet zaglądać do tych ksiąg ani trzymać ich w swoich zbiorach.
– Widzi pan, panie Doktorze, pragnę pokazać panu drogę powrotu do ludzkości.
– Do ludzkości? – Powtórzył Doktor słowa sprzed chwili. – Czy zdoła pan połączyć naukę o człowieku i naukę o narodach? Czy nie zapomniał pan, panie Doktorze, z kim ma pan do czynienia? Nie wolno panu wdawać się w krytykę. Ta amerykańska demokracja to nic innego jak plucie w twarz słabym i kpina z głowy ludzkości w okresie wojny. Słyszałem, że pan, panie Doktorze, ma inne podejście do dziecka, rodzaj szczególnego wpływu, który sprawia, że ci, którzy się z panem stykają, szanują pana i kochają... Czy zdradzi mi pan, panie Doktorze, tę tajemnicę?
– Tak, potrafię postępować z dziećmi z różnych krajów, z Żydami, z dziećmi z całego świata. Ale nie wiem, doprawdy nie wiem, jak rozmawiać z dziećmi waszego pokroju.
– Nauka to jedno, a życie to drugie – zacytował słowa Hitlera. – „Nie interesuje nas żadna prawda dla samej prawdy”. Niech pan przeczyta, panie Doktorze, dzieła profesora Wolfsa. Odrzuciliśmy międzynarodową naukę, teraz ciąży na nas obowiązek walki o prawdę naukową. Idee Adolfa Hitlera zawierają w sobie ostateczną prawdę oraz całą prawdę naukową.
– Ale co to ma wspólnego ze mną? Przecież wie pan, panie Doktorze, że nie wolno mi nawet zaglądać do tych ksiąg ani trzymać ich w swoich zbiorach.
– Widzi pan, panie Doktorze, pragnę pokazać panu drogę powrotu do ludzkości.
– Do ludzkości? – Powtórzył Doktor słowa sprzed chwili. – Czy zdoła pan połączyć naukę o człowieku i naukę o narodach? Czy nie zapomniał pan, panie Doktorze, z kim ma pan do czynienia? Nie wolno panu wdawać się w krytykę. Ta amerykańska demokracja to nic innego jak plucie w twarz słabym i kpina z głowy ludzkości w okresie wojny. Słyszałem, że pan, panie Doktorze, ma inne podejście do dziecka, rodzaj szczególnego wpływu, który sprawia, że ci, którzy się z panem stykają, szanują pana i kochają... Czy zdradzi mi pan, panie Doktorze, tę tajemnicę?
– Tak, potrafię postępować z dziećmi z różnych krajów, z Żydami, z dziećmi z całego świata. Ale nie wiem, doprawdy nie wiem, jak rozmawiać z dziećmi waszego pokroju.
– Kto dał panu prawo, panie doktorze, mówić w ten sposób? To ta sama kość, to ta sama krew. Bo moi panowie, Żydzi, kamienowali nas, a wy rzucaliście w nas kamieniami z własnej woli. Nasze dzieci, nasza młodzież, idealiści o czystych sercach, gotowi są oddać wszystko, co zostało im powierzone, co stało się ich własnym ciałem i krwią, a w odpowiednim momencie to się ziści, nawet za cenę ich życia.
– Nie bez powodu wstrzykujemy im miłość do życia, – kontynuował z entuzjazmem – ponieważ wszystkie dzieci świata mają skłonność do serca, choć demokratyczna edukacja zawsze walczyła z naturalnymi i zdrowymi instynktami człowieka w imię wyobrażonych ideałów, żydowskich ideałów, miłosierdzia. Nauczcie się proszę nie zabijać bez mrugnięcia okiem; niech człowiek bije swojego bliźniego, a wy zobaczcie to zło u nich, i niech wiedzą to już od lat swojej młodości, ponieważ silny jest tym, który rządzi. Oni są krwią. Oni muszą tacy być – najsilniejsi ze wszystkich. Dlatego też ten legion wyrosły spośród synów rasy ludzkiej, na którego czele stoi ten wspaniały i genialny przywódca, który jest chlubą narodów, ma w przyszłości stać się legionem żołnierzy. Żołnierz – to jest właściwy zawód, z którego dumny jest prawdziwy człowiek. Panie doktorze, pańska postać – tak mi opowiadano – założyciela i organizatora kolonii dla dzieci przypomina mi walkę w obronie niemowląt.
– Nie bez powodu wstrzykujemy im miłość do życia, – kontynuował z entuzjazmem – ponieważ wszystkie dzieci świata mają skłonność do serca, choć demokratyczna edukacja zawsze walczyła z naturalnymi i zdrowymi instynktami człowieka w imię wyobrażonych ideałów, żydowskich ideałów, miłosierdzia. Nauczcie się proszę nie zabijać bez mrugnięcia okiem; niech człowiek bije swojego bliźniego, a wy zobaczcie to zło u nich, i niech wiedzą to już od lat swojej młodości, ponieważ silny jest tym, który rządzi. Oni są krwią. Oni muszą tacy być – najsilniejsi ze wszystkich. Dlatego też ten legion wyrosły spośród synów rasy ludzkiej, na którego czele stoi ten wspaniały i genialny przywódca, który jest chlubą narodów, ma w przyszłości stać się legionem żołnierzy. Żołnierz – to jest właściwy zawód, z którego dumny jest prawdziwy człowiek. Panie doktorze, pańska postać – tak mi opowiadano – założyciela i organizatora kolonii dla dzieci przypomina mi walkę w obronie niemowląt.
Doktor wstał i spojrzał na niego z góry, z litością, której nie da się opisać. Niemiec, który tak zapalił się w swoich słowach, nagle ucichł. Odwróciły się ich role. Ten drugi wydawał się teraz mały i nędzny, a w jego oczach malowało się pytanie:
– Ależ panie doktorze, studiował pan przecież przez długi czas medycynę na uniwersytecie, skąd więc u pana ta miłość do tych wszystkich istot? Kto jest tym, który zdołał zasiać w panu tę wiarę w tych szaleńców?
Jednak Doktor milczał.
– A więc co? – zaczął Vogt i zapytał:
– Dobre wieści dotarły do mnie o pana ulepszeniach, które wprowadził pan w szpitalu – powiedział Doktor – o dobrych warunkach w szpitalu.
– Czy zgadza się pan pracować w szpitalu dziecięcym?
Przez chwilę Doktor zastanawiał się w duchu, jak uzasadnić swoją odmowę, aby nie wywołać w nim gniewu, tej chęci zemsty u Niemca.
– Ależ panie doktorze, studiował pan przecież przez długi czas medycynę na uniwersytecie, skąd więc u pana ta miłość do tych wszystkich istot? Kto jest tym, który zdołał zasiać w panu tę wiarę w tych szaleńców?
Jednak Doktor milczał.
– A więc co? – zaczął Vogt i zapytał:
– Dobre wieści dotarły do mnie o pana ulepszeniach, które wprowadził pan w szpitalu – powiedział Doktor – o dobrych warunkach w szpitalu.
– Czy zgadza się pan pracować w szpitalu dziecięcym?
Przez chwilę Doktor zastanawiał się w duchu, jak uzasadnić swoją odmowę, aby nie wywołać w nim gniewu, tej chęci zemsty u Niemca.
– Jestem stary, – odpowiedział. – Jestem stary i zmęczony, mam wątpliwości, czy nadaję się do pracy w szpitalu i czy będzie ze mnie jakiś pożytek. I – dodał – trudno mi podjąć decyzję w tak ważnej sprawie z minuty na minutę, bez zastanowienia. Muszę przemyśleć wszystkie szczegóły...
– Mój pan jest zmęczony, – żachnął się Niemiec z lekkim drwieniem – spieszy się pan z powrotem do getta. Bardzo dobrze, rozumiem. Moja dobra rada dla pana brzmi jednak: niech pan przyjmie tę propozycję jako dowód moich dobrych intencji wobec pana; dam panu zatrudnienie przy pracy tylu dzieci, ilu to możliwe, przy robotach wojskowych. Tego nie zdoła pan odmówić Żydom, – dodał z uśmiechem.
Doktor poczuł głęboki smutek.
Niemiec był zły, nie wyciągnął do niego ręki. W gruncie rzeczy nie było już potrzeby rozmawiać z tym Żydem. Ani razu nie przyszło mu do głowy, że lekarz o nazwisku Vogt mógłby znaleźć wspólny język z nazistami, niezależnie od tego, kim by oni byli.
– To potworne istoty i podli ludzie, podli, uparci i bezczelni. – Podejrzenie to zrodziło się w pochylonej sylwetce lekarza, który oddalał się od niego.
– Mój pan jest zmęczony, – żachnął się Niemiec z lekkim drwieniem – spieszy się pan z powrotem do getta. Bardzo dobrze, rozumiem. Moja dobra rada dla pana brzmi jednak: niech pan przyjmie tę propozycję jako dowód moich dobrych intencji wobec pana; dam panu zatrudnienie przy pracy tylu dzieci, ilu to możliwe, przy robotach wojskowych. Tego nie zdoła pan odmówić Żydom, – dodał z uśmiechem.
Doktor poczuł głęboki smutek.
Niemiec był zły, nie wyciągnął do niego ręki. W gruncie rzeczy nie było już potrzeby rozmawiać z tym Żydem. Ani razu nie przyszło mu do głowy, że lekarz o nazwisku Vogt mógłby znaleźć wspólny język z nazistami, niezależnie od tego, kim by oni byli.
– To potworne istoty i podli ludzie, podli, uparci i bezczelni. – Podejrzenie to zrodziło się w pochylonej sylwetce lekarza, który oddalał się od niego.
Na ulicy Leszno znajdował się warsztat Schultza, w którym przygotowywano futra dla armii niemieckiej. W zakładzie tym pracowały dzieci w wieku od 9 do 14 lat. Ich praca była nazywana „pracą na rzecz wysiłku wojennego”.
Schultz – to był rudy człowiek, z wąsami na górnej wardze i małymi oczami w głębokich oczodołach. Człowiek o złej sławie, pozbawiony skrupułów. Jego wielkie dłonie dodawały mu jedynie wyglądu potwora, ale jego wielkie palce i kościste ręce sprawiały wrażenie, jakby były stworzone do chwytania ofiary. Schultz był karykaturą Schultza.
Gdy pojawił się tam Doktor, na jego twarzy wykwitł uśmiech właściwy dla ludzi jego pokroju. Rozmawiał z nim w języku niemieckim, na co Doktor nie mógł sobie pozwolić. Vogt odszedł.
– O co chodzi? – rzucił pytanie po niemiecku, nie prosząc nawet Doktora o wejście do środka.
Schultz – to był rudy człowiek, z wąsami na górnej wardze i małymi oczami w głębokich oczodołach. Człowiek o złej sławie, pozbawiony skrupułów. Jego wielkie dłonie dodawały mu jedynie wyglądu potwora, ale jego wielkie palce i kościste ręce sprawiały wrażenie, jakby były stworzone do chwytania ofiary. Schultz był karykaturą Schultza.
Gdy pojawił się tam Doktor, na jego twarzy wykwitł uśmiech właściwy dla ludzi jego pokroju. Rozmawiał z nim w języku niemieckim, na co Doktor nie mógł sobie pozwolić. Vogt odszedł.
– O co chodzi? – rzucił pytanie po niemiecku, nie prosząc nawet Doktora o wejście do środka.
– Czy pan potrzebuje nowych rąk do pracy? – zapytał Doktor szeptem.
– Nie potrzebuję. Kto cię tu przysłał, ty Żydzie, psie? – warknął ochrypłym głosem.
– Doktor von Vogt – skłamał bez mrugnięcia okiem.
To imię zadziałało natychmiast. Zaraz po wprowadzeniu go do małego pokoiku, który służył za biuro, na ścianie wisiał bicz – była to pierwsza rzecz, na którą natknęły się oczy Doktora i która sprawiła, że serce zabiło mu mocniej.
– Chciałbym przyjrzeć się warunkom pracy tutaj, – powiedział donośnym głosem i z odwagą w sercu, starając się wywrzeć wrażenie, jakie wywarł na nim również Schultz, gdy wszedł do urzędu.
Ta pewność siebie u Żyda zaskoczyła Schultza. Sądził, że to prawda, iż Doktor cieszy się wyjątkową protekcją ze wszystkich stron, dlatego zaczął traktować zgarbionego człowieka i ich przywódców łagnerniej niż innych.
– Proszę mi wybaczyć, – powtórzył Schultz, jakby nie mógł zdecydować, czy przyjąć tego człowieka z należytym szacunkiem, czy też wręcz przeciwnie.
– Nie potrzebuję. Kto cię tu przysłał, ty Żydzie, psie? – warknął ochrypłym głosem.
– Doktor von Vogt – skłamał bez mrugnięcia okiem.
To imię zadziałało natychmiast. Zaraz po wprowadzeniu go do małego pokoiku, który służył za biuro, na ścianie wisiał bicz – była to pierwsza rzecz, na którą natknęły się oczy Doktora i która sprawiła, że serce zabiło mu mocniej.
– Chciałbym przyjrzeć się warunkom pracy tutaj, – powiedział donośnym głosem i z odwagą w sercu, starając się wywrzeć wrażenie, jakie wywarł na nim również Schultz, gdy wszedł do urzędu.
Ta pewność siebie u Żyda zaskoczyła Schultza. Sądził, że to prawda, iż Doktor cieszy się wyjątkową protekcją ze wszystkich stron, dlatego zaczął traktować zgarbionego człowieka i ich przywódców łagnerniej niż innych.
– Proszę mi wybaczyć, – powtórzył Schultz, jakby nie mógł zdecydować, czy przyjąć tego człowieka z należytym szacunkiem, czy też wręcz przeciwnie.
Doktor wszedł do wielkiej sali, w której na środku stały ustawione w okrąg stoły w kształcie podkowy. Przy każdym z nich siedziało kilku rosłych chłopaków, ubranych w ubrania cywilne. Na stołach leżały sterty futer, z których rzemieślnicy wycinali paski.
Wokół stołów kręciły się małe, milczące dzieci. Starsze z nich wyciągały z worków czarne skóry z kretów, a młodsze wrzucały je do małych koszyków, układając je w rzędy po dwadzieścia sztuk.
Widok tego miejsca podziałał na niego jak prąd elektryczny. Bez słowa ich oczy patrzyły na dzieci pracujące w milczeniu.
– Ja znam, – powiedział urzędnik, kiedy ten witał ich wszystkich pozdrowieniem – czyżbyśmy się nie znali? Doktor Korczak.
Zobaczył przed sobą twarze wykrzywione, wykrzywione w śmiechu. Jeden z nich chciał podbiec i podejść bliżej.
Wokół stołów kręciły się małe, milczące dzieci. Starsze z nich wyciągały z worków czarne skóry z kretów, a młodsze wrzucały je do małych koszyków, układając je w rzędy po dwadzieścia sztuk.
Widok tego miejsca podziałał na niego jak prąd elektryczny. Bez słowa ich oczy patrzyły na dzieci pracujące w milczeniu.
– Ja znam, – powiedział urzędnik, kiedy ten witał ich wszystkich pozdrowieniem – czyżbyśmy się nie znali? Doktor Korczak.
Zobaczył przed sobą twarze wykrzywione, wykrzywione w śmiechu. Jeden z nich chciał podbiec i podejść bliżej.
– Siedź spokojnie, Schultz idzie – szepnął jeden z chłopców.
Usłyszeli ciężkie kroki.
– No, i co tam znalazłeś? – zawołał gruby głos w uszach Doktora.
Milczał. Nic nie odpowiedział.
– W południe otrzymują zupę i chleb – pochwalił się Niemiec.
– A ile wynosi ich wynagrodzenie?
– Co jeszcze? Czerwony chleb i bilet na posiłek to mało? – odpowiedział z brutalnością. – Ale ten, kto nie wyrobi swojej normy, ten leniwy, ten domino, który ociąga się i spóźnia – nie otrzymuje nic. To kara – dodał i roześmiał się głośno.
Usłyszeli ciężkie kroki.
– No, i co tam znalazłeś? – zawołał gruby głos w uszach Doktora.
Milczał. Nic nie odpowiedział.
– W południe otrzymują zupę i chleb – pochwalił się Niemiec.
– A ile wynosi ich wynagrodzenie?
– Co jeszcze? Czerwony chleb i bilet na posiłek to mało? – odpowiedział z brutalnością. – Ale ten, kto nie wyrobi swojej normy, ten leniwy, ten domino, który ociąga się i spóźnia – nie otrzymuje nic. To kara – dodał i roześmiał się głośno.
Wokół panowała cisza, która nie była przerywana przez nikogo, prócz zgrzytu maszyn. Nie było o co pytać dalej. W pamięci Doktora pojawili się Dawid Kopelfeld i Oliwer Twist.
– Ci żyli w raju – pomyślał w duchu.
Kiedy wychodził, pomyślał, że gdyby miał dość odwagi, by posłać tam swoje dzieci, dzieci z Domu Sierot... Na świecie byłoby o wiele lepiej. Nad sprawiedliwością na tym świecie, nad prawami dziecka? Po co tam mieszkać? Po co tam panuje ten fałsz i kłamstwo?
Tam przecież kradnie się umysł dziecka?
Czy nie ma w tym miejscu nic więcej z tych ostatnich rzeczy?
Te rzędy małych dzieci sprawiły, że Schultz wcale nie otrzymywał do pracy młodzieży, lecz dzieci. Dziewczęta w wieku powyżej 12 lat nie były już dziećmi, ale młodymi kobietami. Nie mogły znaleźć tam zatrudnienia, w domach mody, w fabrykach tekstyliów. Tam zachowywały się bezczelnie i stawały się łatwym łupem dla żołnierzy, którzy dopuszczali się tam okrucieństw. I to bez wiedzy dowódców.
– Ci żyli w raju – pomyślał w duchu.
Kiedy wychodził, pomyślał, że gdyby miał dość odwagi, by posłać tam swoje dzieci, dzieci z Domu Sierot... Na świecie byłoby o wiele lepiej. Nad sprawiedliwością na tym świecie, nad prawami dziecka? Po co tam mieszkać? Po co tam panuje ten fałsz i kłamstwo?
Tam przecież kradnie się umysł dziecka?
Czy nie ma w tym miejscu nic więcej z tych ostatnich rzeczy?
Te rzędy małych dzieci sprawiły, że Schultz wcale nie otrzymywał do pracy młodzieży, lecz dzieci. Dziewczęta w wieku powyżej 12 lat nie były już dziećmi, ale młodymi kobietami. Nie mogły znaleźć tam zatrudnienia, w domach mody, w fabrykach tekstyliów. Tam zachowywały się bezczelnie i stawały się łatwym łupem dla żołnierzy, którzy dopuszczali się tam okrucieństw. I to bez wiedzy dowódców.
Jednak kiedy wyszedł na zewnątrz, uderzyło go w twarz świeże powietrze... rodzinę. Ta praca zapewniała utrzymanie jej samej oraz kilku innym dziewczętom u żony Abramowa.
Abramow to było nazwisko z pierwszych dni wojny.
Batia była wychowanką Domu Sierot.
– Odpadowe skrawki u Żydów, – mówiła Dorka z entuzjazmem. – Batia otrzymała pozwolenie na otwarcie szwalni; tkaniny i nici dostarcza Rada Żydowska. Ja szyję ubrania z barchanu... Trzeba też haftować na nich paski w niebieskim kolorze i robić obszycia wokół nich...
Była zadowolona, że dziewczęta nie pójdą pracować u Niemców.
– I jeszcze jedno wyznam ci w tajemnicy – zniżyła głos. – Tam będzie też szkoła.
– Co? – otworzył szeroko oczy ze zdziwienia.
– Ciiii... – przyłożyła palec do ust.
Już następnego dnia, gdy dzieci szły do pracy u Batii, niosły ze sobą ukryte w ubraniach zeszyty do pisania.
Wieczorem siadały na pryczach, na których spały, kilka dziewcząt razem przy jednej świecy.
– Trzy panny, duże dziewczęta, – opowiadała Batia. – Wszystkie jesteśmy nauczycielkami. Jedno dziecko zawsze stoi na straży. Przed nami leży praca: materiały, nici, igły... Dzieci wyciągają swoje zeszyty. Zdobyłam elementarz – „Chrestomatię”, – która została skopiowana na maszynie do pisania. W ten sposób uczę je przez godzinę przed sprawdzaniem obecności...
Doktor przypomniał sobie Manię i wieczorne lekcje, które prowadził dla dzieci w tamtych dniach.
– Bywały już u nas różne takie sprawy – powiedział.
– Batia, – westchnęła Stefa. – Czy znasz niebezpieczeństwo związane z tą sprawą?
Po śmierci Abramowa stała się ona jedyną opiekunką młodej kobiety.
– Przestań, pani Stefo – powtórzyła Batia. – Czy śmierć w ogóle leży w granicach kary?
Abramow to było nazwisko z pierwszych dni wojny.
Batia była wychowanką Domu Sierot.
– Odpadowe skrawki u Żydów, – mówiła Dorka z entuzjazmem. – Batia otrzymała pozwolenie na otwarcie szwalni; tkaniny i nici dostarcza Rada Żydowska. Ja szyję ubrania z barchanu... Trzeba też haftować na nich paski w niebieskim kolorze i robić obszycia wokół nich...
Była zadowolona, że dziewczęta nie pójdą pracować u Niemców.
– I jeszcze jedno wyznam ci w tajemnicy – zniżyła głos. – Tam będzie też szkoła.
– Co? – otworzył szeroko oczy ze zdziwienia.
– Ciiii... – przyłożyła palec do ust.
Już następnego dnia, gdy dzieci szły do pracy u Batii, niosły ze sobą ukryte w ubraniach zeszyty do pisania.
Wieczorem siadały na pryczach, na których spały, kilka dziewcząt razem przy jednej świecy.
– Trzy panny, duże dziewczęta, – opowiadała Batia. – Wszystkie jesteśmy nauczycielkami. Jedno dziecko zawsze stoi na straży. Przed nami leży praca: materiały, nici, igły... Dzieci wyciągają swoje zeszyty. Zdobyłam elementarz – „Chrestomatię”, – która została skopiowana na maszynie do pisania. W ten sposób uczę je przez godzinę przed sprawdzaniem obecności...
Doktor przypomniał sobie Manię i wieczorne lekcje, które prowadził dla dzieci w tamtych dniach.
– Bywały już u nas różne takie sprawy – powiedział.
– Batia, – westchnęła Stefa. – Czy znasz niebezpieczeństwo związane z tą sprawą?
Po śmierci Abramowa stała się ona jedyną opiekunką młodej kobiety.
– Przestań, pani Stefo – powtórzyła Batia. – Czy śmierć w ogóle leży w granicach kary?
Doktor słyszał te słowa bardzo, bardzo wiele razy każdego dnia. Groźby te były lekceważone przez nich oraz przez Niemców.
– Czy śmierć leży w granicach kary?
Te słowa powiedziała mu również Szmulikowa, kiedy ta mogła narazić na niebezpieczeństwo całe ich życie.
– Sądziłam, że pan darzy go większą miłością – powiedziała mu. – Patrzy na sprawy bez zbędnych uprzedzeń.
– Pan Doktor lubi żartować. I kto niby kocha Szmulika bardziej ode mnie?
– Jak zatem odeszła twoja miłość?
Była ona jak wszyscy sąsiedzi.
Pan N.Z., dawny właściciel sklepu z tkaninami na ulicy Gęsiej, mąż i ojciec rodziny, który przed wojną cieszył się szacunkiem i był przewodniczącym w jakiejś organizacji. Całe dnie spędzał ze swoim sąsiadem z powodu jego pozycji społecznej, a jego stan majątkowy, jak również jego stan zdrowia, sprawiły, że po prostu stracił rozum. Pewnego razu przyszedł i zaproponował, by oddać chłopca. Szmulik został przyjęty do Domu Sierot, jako sierota, z dwójką rodzeństwa oraz ojcem.
Gdy przenieśli dzieci z okolic ulicy Krochmalnej na ulicę Dzielną, bracia i siostry Szmulika zniknęli z pola widzenia, po czym pojawili się u boku panny Stefy.
– Zostałam sama, – mówiła – nie mam już nikogo. Spójrz no na tego chłopca.
To nie był zwykły chłopak. Miał dwanaście lat, a z wyglądu przypominał jeszcze młodszego, choć był wysoki, chudy i miał blade policzki. Szmulik był najlepszym uczniem, zręcznym w pisaniu, o bystrym umyśle, pełnym litości. Nie unikał żadnej pracy, a z zarobionych pieniędzy zawsze przynosił coś swojej matce do jedzenia.
Czy był złodziejem? Nikt o to nie pytał.
– Czy śmierć leży w granicach kary?
Te słowa powiedziała mu również Szmulikowa, kiedy ta mogła narazić na niebezpieczeństwo całe ich życie.
– Sądziłam, że pan darzy go większą miłością – powiedziała mu. – Patrzy na sprawy bez zbędnych uprzedzeń.
– Pan Doktor lubi żartować. I kto niby kocha Szmulika bardziej ode mnie?
– Jak zatem odeszła twoja miłość?
Była ona jak wszyscy sąsiedzi.
Pan N.Z., dawny właściciel sklepu z tkaninami na ulicy Gęsiej, mąż i ojciec rodziny, który przed wojną cieszył się szacunkiem i był przewodniczącym w jakiejś organizacji. Całe dnie spędzał ze swoim sąsiadem z powodu jego pozycji społecznej, a jego stan majątkowy, jak również jego stan zdrowia, sprawiły, że po prostu stracił rozum. Pewnego razu przyszedł i zaproponował, by oddać chłopca. Szmulik został przyjęty do Domu Sierot, jako sierota, z dwójką rodzeństwa oraz ojcem.
Gdy przenieśli dzieci z okolic ulicy Krochmalnej na ulicę Dzielną, bracia i siostry Szmulika zniknęli z pola widzenia, po czym pojawili się u boku panny Stefy.
– Zostałam sama, – mówiła – nie mam już nikogo. Spójrz no na tego chłopca.
To nie był zwykły chłopak. Miał dwanaście lat, a z wyglądu przypominał jeszcze młodszego, choć był wysoki, chudy i miał blade policzki. Szmulik był najlepszym uczniem, zręcznym w pisaniu, o bystrym umyśle, pełnym litości. Nie unikał żadnej pracy, a z zarobionych pieniędzy zawsze przynosił coś swojej matce do jedzenia.
Czy był złodziejem? Nikt o to nie pytał.
Nawet Doktor nie odważył się zadać jej tego pytania. Czyż najważniejsze nie było zdobycie porcji żywnościowych?
I tak pan N.Z. oddał Szmulika. Nie pytał nawet o rodzaj pracy. Chłopiec wracał ze swojej pracy o świcie. Czasami jego ciało było umazane błotem, pełne zadrapań i ran, ale w jego kieszeniach zawsze znajdowało się trochę chleba.
Pewnego razu przyniósł nawet kość z resztkami mięsa. Chwalił się, że wyciągnął ją ze śmietnika u jakiegoś psa.
