Tuesday, June 30, 2026

W obecności Korczaka (Be-mechicato szel Korczak) - 7-11 - Moshe Zartal (Mietek Zylbertal) - Pisane w wojskowym namiocie.1944.



"Po śniadaniu odbędą się gry sportowe. Może znów rozegramy mecz w dwa ognie z reprezentacją "Domu Sierot". W zeszłym roku zwyciężyli nas w stosunku 3:0. Zobaczymy, komu ten Lag Beomer przyniesie zwycięstwo. Emanuel." Czy, i gdzie zachowała się kopia filmu "Lag ba-Omer szel Ha-Szomer ha-Cair be-Warsza” (Organizacja Ha-Szomer ha-Cair obchodzi święto Lag ba-Omer w Warszawie) w reżyserii Saula Goskinda? Premiera filmu odbyła się w 1929 roku. Może tam odnajdziemy Korczaka, p. Stefę lub Mordechaja Anielewicza (wtedy 10 lat)?


Po zamordowaniu Korczaka i dzieci w sierpniu 1942 roku Moshe Zartal (Mietek Zylbertal) podjął misję utrwalenia pamięci o swoim mentorze i przyjacielu. Napisał i wydał tom wspomnień oraz esejów pt. W obecności Korczaka (Be-mechicato szel Korczak).

Oto kompletne, wierne tłumaczenie stron 7 (pierwszej) do 10 na język polski. Tekst zachowuje głęboko osobisty, pełen szacunku i literacki ton autora, który opisuje swój pierwszy fizyczny kontakt z Domem Sierot oraz moment, gdy po raz pierwszy zobaczył Janusza Korczaka.


Strona 7: „Spróbuję sobie przypomnieć”
Spróbuję sobie przypomnieć.
To było w latach 1924–25. W tamtych dniach znałem już prawie na pamięć wszystkie książki Korczaka. Nie jestem pewien, czy rozumiałem je w pełni i we właściwy sposób, zgodnie z intencją pism pedagogicznych, ale wzbudziły we mnie ogromne zainteresowanie światem dziecka, w którym sam żyłem – wewnątrz i blisko niego: w ruchu młodzieżowym, w szkole, na ulicy. Lecz tylko jedna książka, „Dziecko salonu”, wywołała głębokie wstrząsy w mojej duszy. Był to krwawy wyraz wewnętrznych zmagań całego pokolenia. W książce tej odnalazł się bunt młodzieży burżuazyjnej, która nie godziła się z drogą swoich ojców, z fałszem świata, i szukała własnej drogi, swojej prawdy.
Kochałem te książki. Odkrywały przede mną świat bliski mojemu sercu i przemawiały do mnie stylem, który wydawał mi się moim własnym stylem. Bardzo pragnąłem poznać tego człowieka.
Pewnego dnia w czasie święta Chanuka otrzymałem zaproszenie na wieczornicę w „Domu Sierot” Korczaka. Szczęście i lęk przepełniły moje serce. Nie znałem tam nikogo, prawie nigdy nie bywałem w tamtej dzielnicy Warszawy. Gdy szedłem, w mojej wyobraźni malowały się różne obrazy utkane wokół postaci pisarza i pedagoga. W zapadającym zmierzchu wieczoru, który zlewał się z tamtejszą ciemnością ulicy, wysokie, ciemnoczerwone domy zamknęły horyzont.

Krótka analiza faktów ze strony 7
W tym fragmencie Zartal odkrywa przed nami niezwykle ważne szczegóły biograficzne:
  • Przedwojenne tło (lata 1924–25): Autor pokazuje, jak gigantyczny wpływ na zasymilowaną, lewicową młodzież żydowską w Polsce miała literatura Korczaka.
  • Wpływ „Dziecka salonu”: Zartal wskazuje na tę konkretną powieść Korczaka z 1906 roku jako na manifest pokoleniowy. Książka ta krytykowała materializm i obłudę bogatego mieszczaństwa, co dla młodego Zylberala – szukającego wówczas drogi w syjonistycznym i socjalistycznym ruchu Haszomer Hacair – było absolutnym drogowskazem do buntu.
  • Topografia Warszawy: Końcówka strony to piękny, literacki opis wyprawy młodego chłopaka z bogatszej lub bardziej polskiej dzielnicy w głąb robotniczej, żydowskiej Woli (na ulicę Krochmalną), gdzie wysokie kamienice z czerwonej cegły tworzyły specyficzny, zamknięty mikroklimat.
Tłumaczenie strony 8: „Chodnik nie był prosty...”
Chodnik nie był prosty, jego płyty były tu i ówdzie wyrwane, a po bokach sterczały kamienie bruku, zwane „kocimi łbami”. W rynsztokach płynęła mętna woda, a smród zgniłej kapusty unosił się z piwnic. Czasami mrugało tu zielone oko latarni gazowej, która jęczała na tej smutnej ulicy i słabo rozpraszała ciemność.
Tutaj, na ulicy Krochmalnej, w domu numer 92, w dzielnicy robotników i żydowskiej biedoty, pomiędzy dużymi fabrykami a nędznymi kamienicami mieszkalnymi, znajdował się Dom Sierot (DS) Janusza Korczaka. Budynek o wysokich, czystych murach, a za nim – szary mur ogrodzenia. Tutaj żył człowiek, o którym krążyły już legendy, utkane wokół jego dzieła i jego osobowości.
W łukowatej i oświetlonej sali było wielu gości. Mężczyźni i kobiety w odświętnych strojach, goście z kręgów żydowskiej inteligencji oraz stali przyjaciele, którzy wspierali Dom Sierot. Było tam także wielu młodych ludzi, głównie studentów i studentek, z tych, którzy interesowali się dziełem Korczaka i nie chcieli przepuścić żadnej okazji, by znaleźć się w jego otoczeniu.
W wielkiej sali szukałem wzrokiem Korczaka. Nigdy wcześniej go nie widziałem i nie wiedziałem dokładnie, jak wygląda. Szukałem go zgodnie z powszechnymi wyobrażeniami – w pierwszych rzędach, pośród gości o łysych głowach, i pytałem sam siebie: może to ten, a może tamten... Moje oczy biegały po sali w poszukiwaniu autora książki „Jak kochać dziecko”, aż nagle natrafiłem na postać mężczyzny stojącego przy głównym wejściu, który przyciągnął moją uwagę.
Był to człowiek średniego wzrostu, lekko pochylony, z wydatnym czołem usianym zmarszczkami. Zza okularów w metalowej oprawie patrzyły oczy o jasnym blasku i przenikliwości, a usta ukryte były w kępce rudawo-żółtej brody. Miał na sobie długi, szary fartuch zapięty pod szyję, a z jego kieszeni wystawał gruby ołówek.

Strona 9: „Obserwowaliśmy go z boku...”
Obserwowaliśmy go z boku, jak z wielkim zainteresowaniem przyglądał się wszystkiemu, co działo się wokół niego. Kiedy widział, że niektórzy z gości witają go w drodze – ogarniała go zaduma, jakby pytał samego siebie: czy to na pewno ja jestem tym Korczakiem? Ktoś z przybyłych podszedł i uścisnął mu dłoń. Na twarzy dzieci malował się podziw wobec autora, wobec „Doktora”, a ja patrzyłem na niego samego.
To był przełom. Nasze pierwsze spotkanie, bez słów. Zburzyło ono w jednym momencie wszystkie wyobrażenia, jakie były wówczas powszechne na temat sławnego człowieka. Oto widziałem sławnego człowieka, który jawił się w prostocie, w skromności, w ubraniu roboczym.
Od tamtego czasu bywałem w Domu Sierot raz po raz, z różnych powodów, na zaproszenia i bez zaproszeń. Widziałem „Doktora” pośród dzieci. Brak jakiegokolwiek formalnego dystansu między nim a sierotami rzucał się w oczy. Widziałem go siedzącego w naturalny sposób na ławce szkolnej obok małego chłopca, który czytał książkę. Widziałem go słuchającego rozmowy nastolatka, jakby zachęcał go i kierował nim w zmaganiach „bokserskich” pomiędzy dwoma chłopcami, którzy sprawdzali swoje siły. Czasami na dziedzińcu widziałem go całującego rękę małego lub słabego dziecka. Było w tym coś z szacunku i świętości wobec dziecka, które toruje sobie drogę w świecie dorosłych.
Jego chód, jego mowa, jego podejście do dzieci udowadniały, że to był ich żywy świat. Żył w nim i czuł go w pełni, czuł go jako...
(kontynuacja na stronie 10).

Krótka analiza i kontekst (Strony 8 i 9)
Te dwie strony przynoszą bezcenny, reporterski wręcz opis przedwojennego Domu Sierot (DS). Opisuje również, jak wybrukowana była ulica Krochmalna i jak wyglądał jej chodnik. Zgadza się to w 100% z opisem Pana Miszy, Idy Merzan i innych:
  • Kontrast społeczny: Autor mistrzowsko buduje kontrast pomiędzy brudną, ubogą i pełną nędznych zapachów ulicą Krochmalną a jasnym, czystym i nowoczesnym gmachem Domu Sierot (pod numerem 92). To idealnie odzwierciedla zamysł Korczaka, który chciał stworzyć dla dzieci „oazę” pośród trudnej rzeczywistości warszawskiej Woli. Słowo "oaza" używa często sam Korczak w kontekście DS.
  • Oczekiwania kontra rzeczywistość: Młody Zylbertal spodziewa się zastać „wielkiego pisarza” w eleganckim garniturze, tymczasem zastaje Korczaka w szarym, roboczym fartuchu lekarskim/pedagogicznym, z ołówkiem w kieszeni, stojącego skromnie przy drzwiach. To kluczowy moment budowania autentycznego (a nie pomnikowego) obrazu Doktora.
  • Metoda pedagogiczna w praktyce: Strona 9 przynosi konkretne przykłady tego, o czym pisałeś w swoim artykule – Korczak nie jest dyrektorem zza biurka. Siedzi z dziećmi na ławce, sędziuje ich bokserskie pojedynki (co uczyło rozładowywania agresji według zasad fair play) i całuje dziecięce dłonie, realizując w ten sposób swoje hasło o „prawie dziecka do szacunku”.


  • Strona 10: „Twórca w pełni swoich możliwości...”
...twórca w pełni swoich możliwości. To tutaj uczył się on tajemnicy życia i próbował ukazywać zasady rządzące życiem.
Nie śmiałem podejść do niego, zawstydziłem się nieco i nie potrafiłem znaleźć tematu, który mógłby posłużyć jako podstawa do naszego spotkania twarzą w twarz.
Niedługo potem doszło jednak do naszego spotkania. Byłem wówczas uczniem szóstej klasy gimnazjum, kiedy powierzono mi obowiązki w hufcu „Haszomer Hacair” w Warszawie. Pragnąłem, aby nasi młodzi instruktorzy uczyli się od najlepszych pedagogów. Pierwszym na liście był oczywiście Korczak.
Poszedłem do niego i po drodze układałem sobie w duchu szczegóły naszej długiej rozmowy. Nie tylko nie wiedziałem dokładnie, jak potoczy się ta dyskusja, ale nie znałem też odpowiedzi, jakich udzielę na pytania, które z pewnością mi zada podczas tego spotkania. To Korczak, który pojawił się nagle po tym, jak zostałem zapowiedziany przez woźnego, przyjął mnie chłodno, w sposób oficjalny i rzeczowy. Jego słowa były bardzo zwięzłe. Zapytał o cel mojego przyjścia. Wyjaśniłem mu sprawę w wielkim skrócie, ponieważ słysząc ton jego głosu na początku, ogarnęło mnie odrętwienie i poczułem się speszony. Nie zaprosił mnie, bym usiadł, lecz odpowiedział krótko: „Wykłady u was? Nie. Czyż to możliwe? Przecież wy wiecie znacznie więcej ode mnie... Do widzenia”.
Wyszedłem zmieszany. Nie wiedziałem już, czy w jego słowach kryła się nuta kpiny, czy też była to szczera ocena.
To pierwsze spotkanie twarzą w twarz również zakończyło się kryzysem. Nie było w nim uprzejmości ani zainteresowania.

Strona 11: „Chłodny i powściągliwy stosunek...”
...chłodny i powściągliwy stosunek, i jakby zamknęły się drzwi do dalszego nawiązywania kontaktu.
Korczak widział świat oczami dzieci. Jego stosunek do spraw determinował stosunek dzieci do niego. Było to głębokie, prawdziwe i autentyczne zrozumienie – spojrzenie dzieci było właściwe, prawdziwe i nieskażone. Dzięki dzieciom ujawniła się zasługa towarzyszenia Januszowi Korczakowi.
Pewnego razu postanowiliśmy zaprosić grupę dzieci z „Domu Sierot”, aby wzięły udział wraz z hufcem warszawskim „Haszomer Hacair” w tradycyjnej wycieczce z okazji święta Lag Ba-Omer. Dom Sierot odpowiedział na nasze zaproszenie i pośród setek dzieci i młodzieży z ruchu wtopiła się szara grupa, wyjątkowa grupa wychowanków Domu Sierot Korczaka. Piętno wspólne dla wszystkich dzieci z instytucji dobroczynnych było wyryte na ich twarzach. Krótkie fryzury, szare ubrania, proste buty – coś z tego upośledzenia było widoczne na pierwszy rzut oka i odróżniało tę grupę od reszty uczestników wycieczki.
Mocno staraliśmy się, aby nie było widać tych różnic, które narzucał los. Próbowaliśmy zatrzeć wszelkie podziały. Brali oni udział we wszystkim, we wszystkich grach, a gdy dęto w trąby, uczestniczyli we wszystkich wydarzeniach tego dnia. I choć minęło wiele lat od tamtych dni i tamtych wycieczek, z całego tego wydarzenia pamiętam aż do dziś, jak w godzinach wieczornych, gdy wracaliśmy z wycieczki, dzieci z Domu Sierot maszerowały dumnie i z podniesionymi głowami przez ulice metropolii...

Krótka analiza i kontekst historyczny (Strony 10 i 11)
Te strony przynoszą niezwykle cenny wgląd w charakter Korczaka oraz realia przedwojennej Warszawy:
  • Chłodne przyjęcie młodego Zylberala: Opis zepchnięcia młodego idealisty na ziemię przez Korczaka pokazuje, że Doktor nie znosił pustej teorii ani młodzieńczego, naiwnego patosu. Jego ironiczna odpowiedź („Przecież wy wiecie znacznie więcej ode mnie”) była prawdopodobnie próbą sprawdzenia determinacji młodego działacza lub wynikała z ogromnego przemęczenia bieżącymi obowiązkami w Domu Sierot.
  • Wizerunek dzieci z Domu Sierot: Strona 11 przynosi bardzo szczery i bolesny opis wyglądu dzieci korczakowskich. Choć Korczak walczył o ich godność, ograniczenia finansowe instytucji charytatywnej były widoczne (krótkie fryzury chroniące przed wszawicą, ujednolicone szare ubrania).
  • Przełamanie barier przez wspólnotę: Najważniejsza jest jednak końcówka – dzięki zorganizowanej przez Haszomer Hacair wycieczce na święto Lag ba-Omer (tradycyjne żydowskie święto sportu i natury), dzieci z sierocińca poczuły się równe rówieśnikom. Ich dumny marsz z podniesionymi głowami przez centrum Warszawy wieczorem to namacalny dowód na to, że pedagogika Korczaka i akceptacja otoczenia potrafiły zdjąć z nich piętno „ubogich sierot”.