Wierne, literackie tłumaczenie stron 36–39 z książki Mieczysława Zylbertala (Moshe Zartala) na język polski, wraz z analizą kontekstu historycznego.
Tłumaczenie strony 36: „Tak nadeszła wieść...”
...tak nadeszła wieść, że u jednego z jego przyjaciół, znajomego lub dawnego wychowanka – urodził się syn. Każdy, kto go znał, wiedział – jak głęboko zakorzeniony był ten człowiek.
Z racji swojego bogatego doświadczenia życiowego i przemyśleń – niezwykle cenił ruch o charakterze wyzwoleńczym. Celu upatrywał w nienawiści do pustych deklaracji politycznych, a wokół siebie szukał czynów pełnych prostoty i uczciwości. Ostrzegał przed skokiem w przepaść pełną patosu i maszerował w szarym marszu, cierpliwy. Gdy zetknął się z krajem, z wioską arabską, z ruchem pionierskim – od razu zrozumiał istotę tego zakorzenienia. Wiedział, że czyn, działanie, dzieło – to one przesądzą w godzinie próby.
Gdy jego młodzi przyjaciele w kibucach szamerowskich [Haszomer Hacair] napisali do niego: „...tylko poprzez dziecko można zapuścić korzenie w Ziemi Izraela, bo kibuc w swojej istocie jest niczym dziecko, drzewo i roślina, które wyrosły w nowym domu, na nowym fragmencie drogi. Wasze wspólne dzieło nie przepadnie, nie zostanie zniszczone przez człowieka, ani przez trzęsienie ziemi; wieczna jest bowiem każda korzyść, kropla potu czy krew, wesoły śmiech i łza, myśl i uczucie”.
Stąd brało się jego żywe zainteresowanie każdym przedsięwzięciem, każdym nowym punktem osadniczym w ojczyźnie, każdym kolejnym krokiem na tej długiej drodze. Przecież wieczna jest każda kropla potu czy krew, które naznaczyły tę pionierską ścieżkę.
Podczas naszych wizyt w kilku gospodarstwach w dolinie Jizreel widziałem Korczaka głęboko poruszonego realiami tamtejszego życia i wychowania. Chodził po podwórzu, zaglądał pod prysznic w Domkach dziecięcych (Dzieci w wielu kibucach mieszkały osobno), wchodził do przedszkola lub do klas szkolnych.
Tłumaczenie strony 37: „Kilka krótkich uwag...”
Kilka krótkich uwag, które zapisałem w moich notatkach, dowodzi, że w większości przypadków (Korczak) potrafił dostrzec istotę rzeczy, pomimo faktu, że ramy te były dla niego zupełnie nowe. Kiedyś stanęliśmy przed wieloma rodzicami i opiekunami w kibucach, rozmawiając o melancholii u dzieci. I cóż w tym dziwnego? Rodzice ci nie potrafili wykorzystać bliskości swojego miejsca pracy i domu dziecka, podchodząc do podopiecznych wielokrotnie w ciągu dnia, uśmiechając się do nich, tuląc ich, ale uniemożliwiając dziecku spędzanie czasu we własnym gronie, uciekając przed hałasem, ponieważ... praca czeka. Dziecko płacze, jest rozżalone, a sytuacja powtarza się w nieskończoność. „Byłem zmuszony wybrać dłuższą i bardziej krętą drogę, drogę trwającą dwa tygodnie, aby spotkać się z dzieckiem, bo nie można dopuścić do sytuacji, by spotkanie to było pozbawione ciszy i pełni...”.
A przy innej okazji rzekł: „...wiele niebezpieczeństw grozi wolnemu wyborowi dziecka w kibucu, bo w czasie jego spotkań z rodzicami (po pracy) wolno mu robić wszystko to, czego zakazała mu opiekunka w domu dziecięcym. Czy robicie wszystko, co w waszej mocy, aby doprowadzić do integracji i harmonii tych wpływów oraz koordynacji działań?...”. Gdy dotarliśmy do Merchawji, w gorący letni dzień, wzrosło w Korczaku oczarowanie gościnnością towarzyską i kulinarną. Był pełen uznania dla panujących tam warunków, zachwycał się chłodnym pokojem, czystym i jasnym domem zbudowanym z kamienia, a na stole wyłożone były świeże owoce z tamtejszego sadu i winnicy. Natychmiast zapytał: „Powiedz mi, czy ludzie zostali wygnani z powodu tego pięknego pokoju?”. – Ależ skąd, to jasne, że cieszył się z tego cienia, spokojnego i przyjemnego, w południowy letni dzień w dolinie Jizreel. Gdy słońce chyliło się ku zachodowi, a lekki wiatr zaczął wiać...
Analiza i kontekst historyczny (Strony 36 i 37)
Te strony to kluczowy, reporterski zapis z podróży studyjnej Korczaka po Dolinie Jizreel w 1936 roku, pokazujący jego niezwykle trzeźwą i krytyczną ocenę systemu wychowania w kibucach:
- Alergia na patos: Zartal kapitalnie definiuje postawę Korczaka (str. 36) jako człowieka, który nienawidził wielkich słów, politycznych manifestów i patosu. Szukał „szarego, codziennego marszu”, wierząc, że tylko ciężka, codzienna praca z dziećmi ma sens.
- Krytyka „domów dziecięcych” w kibucu: Strona 37 przynosi absolutnie bezcenny wgląd w dylematy pedagogiczne wczesnego ruchu kibucowego. W tamtych czasach dzieci w kibucach nie mieszkały z rodzicami, lecz w osobnych „domach dziecięcych” z opiekunkami. Korczak od razu wyczuwa patologię tego systemu: rodzice wstają bardzo wcześnie do pracy, przed wschodem słońca, później, zmęczeni pracą w polu, wpadają do dzieci tylko na chwilę, tulą je naprędce i uciekają z powrotem do obowiązków, co rodzi w maluchach poczucie odrzucenia i melancholię. Domy dziecięce są jednak jedynym wyjściem w panującej sytuacji, gdzie praca jest bezpośrednio związana z przeżyciem kibucu. Podobne sytuacje socjalne były przy oddawaniu jednego z rodzeństwa pod opiekę w Domu Sierot w Warszawie.
- Dwuwładza wychowawcza: Korczak celnie punktuje konflikt na linii opiekunka–rodzic. Zauważa, że podczas krótkich wieczornych spotkań rodzice (chcąc wynagrodzić dzieciom rozłąkę) pozwalają im na wszystko, łamiąc zasady i dyscyplinę wprowadzoną w ciągu dnia przez opiekunki. To genialna, ponadczasowa przestroga przed brakiem spójności w wychowaniu.
- Wizyta w Merchawji i ironia Doktora: Opis wizyty w słynnym kibucu Merchawja (założonego w 1911 roku) pokazuje luksus (jak na tamte pionierskie warunki w porównaniu z innymi później założonymi) – murowany dom, cień, świeże owoce. Reakcja Korczaka: „Powiedz mi, czy ludzie zostali wygnani z powodu tego pięknego pokoju?” to przejaw jego typowego, ostrego humoru, w którym kryła się obawa, czy rodzący się dobrobyt materialny nie zniszczy pierwotnego idealizmu i skromności pionierów.
Tłumaczenie strony 38: „Odetchnął głęboko...”
...odetchnął głęboko i otworzył dyskusję pytaniami o duchy, upiory i tym podobne. „Gdzie indziej jest to o wiele łatwiejsze niż tutaj, w Ein Harod. Każde miejsce ma swoją duszę, swoje legendy i pieśni...”, dodał. Na moje słowa troski o młodego człowieka odpowiedział krótko: „...Wszystko dzieje się według określonych praw. Przecież każde miejsce ma swój własny powiew wiatru. Wy, którzy wychowaliście się w miastach Diaspory i w ich ciasnocie – nie zrozumiecie tego, dopóki wasze serca nie zrodzą tego pokolenia dzieci, a te dzieci nie poznają i nie pokochają linii horyzontu, punktów osadniczych i tej ziemi...”.
Podczas wycieczek po gospodarstwach unikał oglądania rzeczy pokazowych, oficjalnych wystaw. Rzeczywiście, nie szukał tu blichtru i uznania, które tak często towarzyszą publicznej ocenie czyjegoś działania. Tutaj jednak poczuł zupełnie inną odpowiedzialność, tutaj, pomimo naszego bogatego i wieloletniego doświadczenia w zupełnie innych ramach i nowych uwarunkowaniach.
Jednak od czasu do czasu słyszałem z jego ust bezczelną, ostrą uwagę pod adresem tego, co działo się w naszych domach dziecięcych. Gdy zobaczył małe dzieci biegające na boso po dziedzińcu, zauważył: „...To zła metoda, to szkodliwa dla dzieci swoboda! To dosłowne cofanie szkoły do praw natury”. A kiedy zobaczył dzieci kąpiące się w rzece, z głowami pokrytymi mydlaną pianą, skrytykował te słynne zasady higieny, które rzekomo pozwalają się „zahartować”. Wyjaśnił, że należy używać mydła tylko w odpowiednich ilościach, ponieważ w przeciwnym razie skóra ulegnie wysuszeniu. I była to uwaga niezwykle trafna, zwłaszcza w gorących krajach.
Jego spojrzenie było we wszystkim obecne. Jego zainteresowanie przypominało płomienne zaangażowanie młodego badacza, zakochanego w przedmiocie swoich dociekań. Jego wzrok...
Tłumaczenie strony 39: „...skierowany był właśnie ku dziecku...”
...skierowany był właśnie ku dziecku, cichemu i schowanemu w kącie sali, obok zepsutej zabawki, obok porzuconego lalkowego wózka. Od razu potrafił dostrzec istotę rzeczy. Przez pryzmat prostej, jasnej i praktycznej logiki, w jednym z domów dziecięcych w Szamer-ha-Emek [szamerowskiej Dolinie], zwrócił uwagę na szafkę z zabawkami. Przyglądał się tym prostym i pięknym kukiełkom, owocom pracy opiekunki, którą ta tak bardzo się szczyciła przed innymi w swojej zawodowej dumie. Zapytał ją o robotę: „Dlaczego te szafki z lalkami są zamknięte dla maluchów? Dlaczego odmawia się im dotykania tych małych dzieł stworzonych z waszą wielką miłością, cierpliwością i talentem? Po co inwestować tak wiele w szafki, skoro można by zrobić z własnej inicjatywy mnóstwo zabawek prostych i tanich, takich, które każde dziecko mogłoby wziąć do ręki, rzucić, zepsuć, a potem naprawić? Przecież często rzecz ta jest ważniejsza niż wielkie traktaty pedagogiczne...”.
W jego uwagach była krytyka jasna, ale też wsparcie i koleżeńska zachęta. Ponad wszystko biły z nich jednak głęboka przyjaźń i szacunek dla naszych wysiłków i dla struktury naszego wychowania w kibucu.
Później, gdy wyjeżdżał z kraju [z Palestyny], z niecierpliwością czekał na wieści, na listy. „Każdy głos z tamtego miejsca jest dla mnie żywym doświadczeniem”, pisał.
Pomiędzy wizytami w gospodarstwach w Dolinie, zatrzymaliśmy się raz na krótki odpoczynek w stacji benzynowej w Szaworze. Zostaliśmy zaproszeni na kawę i ciasto. Głos Korczaka stał się nagle bardzo poważny i rzekł: „A teraz zróbmy mały sprawdzian z języka hebrajskiego”. Zgodziłem się, a on – swoim zwyczajem – wyciągnął swój notes z zapiskami oraz pięknie zaostrzony ołówek.
Analiza i kontekst historyczny (Strony 38 i 39)
Te dwie strony przynoszą fascynujący, psychologiczny i praktyczny portret Korczaka jako bezkompromisowego pedagoga-praktyka, który nie boi się krytykować nowo powstałego systemu izraelskiego:
- Mentalność Diaspory a Nowy Człowiek: Na stronie 38 Korczak zwraca uwagę na fundamentalną, pozytywną, zmianę psychologiczną. Zauważa, że Żydzi wychowani w ciasnych miastach Europy Wschodniej (w Diasporze) mają inną psychikę niż nowe pokolenie dzieci urodzonych już w Palestynie, które od małego obcują z wolną przestrzenią i linią horyzontu.
- Odrzucenie „wystawówek”: Zartal kapitalnie zauważa, że Korczak unikał oficjalnych, pokazowych prezentacji przygotowywanych przez kierownictwo kibuców dla zagranicznych gości. Zamiast tego wolał obserwować surową, codzienną rzeczywistość.
- Ostra krytyka pedagogicznych nowinek: Strona 38 przynosi niezwykle ciekawe zderzenie teorii. Wczesne kibuce były zafascynowane ideami skrajnego „powrotu do natury” (bieganie boso, agresywne hartowanie organizmu). Korczak, jako doświadczony lekarz i pediatra, brutalnie to krytykuje. Przestrzega przed niszczeniem skóry nadmiarem mydła w bliskowschodnim słońcu i nazywa bezmyślne bieganie boso „szkodliwą swobodą” i cofaniem edukacji wstecz.
- Szafka z zabawkami jako więzienie: Strona 39 to absolutnie genialny, czysto korczakowski manifest. Doktor krytykuje dumną wychowawczynię, która schowała piękne zabawki za szybę zamkniętej szafki, żeby dzieci ich nie zniszczyły. Korczak przypomina jej fundamentalną prawdę: zabawka ma służyć dziecku, a nie zachwytowi dorosłych. Dziecko ma prawo zabawkę dotknąć, rzucić nią, popsuć i podjąć próbę naprawy – bo to uczy kreatywności o wiele lepiej niż „wielkie traktaty pedagogiczne”.
- Notes i ołówek w Szaworze: Końcówka strony przynosi piękną, intymną scenę ze stacji benzynowej. Korczak, pomimo podeszłego wieku, z pokorą i uporem wyciąga swój charakterystyczny notes i ołówek, by uczyć się od młodego Zylberala słówek w języku hebrajskim. Marzył o tym, by móc porozumiewać się i pisać w tym języku.
